,,Za dużo czegoś może sprawić, że jesteś Ci źle
Nawet dobro może być przekleństwem
To sprawia, że trudniej jest wybrać drogę, po której iść
świadomość zbyt wielu rzeczy może też Cię zranić''
''
Cheryl Cole - Fight for this love
Następnego
dnia wstałam później niż zwykle. Zgodnie z naszym rytuałem powinniśmy zjeść
razem śniadanie, ale zastałam Bartka już ubranego z pilotem w ręku. Nawet nie
zaszczycił mnie spojrzeniem, ja sama nie miałam ochotę na rozmowę. Wlałam sobie
do miski mleko i wsypałam płatki, a później mieszałam w niej łyżką, bo nie
miałam żadnej ochoty na jedzenie. Napięcie było tak namacalne, że aż można było
je kroić nożem. Kiedy już w końcu zmęczyłam posiłek, ubrałam się i podeszłam do
czekającego w przedpokoju Bartka, zabrałam torbę i bez słowa wyszliśmy z
mieszkania. Kiedy dotarliśmy na basen każde z nas wybrało się do swojej szatni
i chwilę później oboje zanurzyliśmy się w chodnej chlorowanej wodzie. Basen
zawsze przynosił mi spokój, tym razem było jednak inaczej. Nie mogłam już
znaleźć tego, co tak zawsze mnie uspokajało. Pływanie było odskocznią, ale
niestety zajmowało mięśnie, nie myśli. Po zrobieniu kilku długości basenu nadal
byłam rozdarta w środku. Delikatność wody znikła, teraz czułam się jak statek
dryfujący po morzu ze zwiniętymi żaglami podczas sztormu, bez perspektyw na
przyszłość. To wzburzenie wcale nie miało związku z szybko młócącymi wodę
szerokimi ramionami na sąsiednim torze, których właścicielem był Bartek, ale
jego osobą. Nie wiedziałam już, co mam robić. Dlaczego nie chciał nic mi
powiedzieć. W mojej głowie zaczęły pojawiać się wszystkie możliwe scenariusze,
odganiałam je jak tylko mogłam, ale i tak gdzieś tam z tyłu pozostawały i kłuły
jak wbijana w ramię szpilka.
Wyszliśmy z
wody i nawiązaliśmy krótki kontakt wzrokowy, ale chwilę później do Bartka
przyskoczyły jakieś dziewczyny, rozpoznając w nim siatkarza, a ja znalazłam swoje
klapki, ściągnęłam czepek i ruszyłam się przebrać. Opłukałam się z chlorowanej
wody i ubrałam szorty i T-shirt, po czym wysuszyłam włosy. Ociągałam się, bo
nie miałam ochoty na powrót w tej samej napiętej atmosferze, jakby pozbawionej
powietrza. Z jednej strony nie chciałam
dać mu okazji do rozmowy, bo bałam się co powie, z drugiej jednak wolałam, żeby
to wszystko mi wytłumaczył, aby było tak jak wcześniej. Pchnęłam drzwi od
szatni i dostrzegłam go siedzącego przed budynkiem. Wyszłam na zewnątrz, a on
zerwał się z ławki i ruszyliśmy w cichą drogę powrotną. Każde z nas szło drugą
stroną chodnika. Niby razem, a jednak osobno, spoglądając przed siebie.
Zachowywaliśmy się jak obrażone dzieci, ale chyba żadne z nas nie chciało
zacząć tej trudnej rozmowy. Ja czekałam, aż zrobi to on, bo z nas dwojga to
chyba on powinien się z tego wszystkiego wytłumaczyć. A on? W tej chwili nie
potrafiłam rozgryźć co dzieje się pod jego jasną czupryną i bardzo mnie to
martwiło.
Właśnie
postawiłam nogę na pasach, bo chciałam przejść przez ulicę, gdy nagle poczułam
mocne szarpnięcie do tyłu. Ogromne ramiona uchroniły mnie nie tylko przed
upadkiem, ale i wpadnięciem pod rozpędzony samochód. Serce zaczęło bić mi jak
oszalałe, gdy zobaczyłam jak mało brakowało, abym znalazła się pod jego kołami.
Jak to możliwe, że weszłam na pasy nawet nie patrząc, czy coś jedzie? Byłam w
ciężkim szoku. Ramiona, które mnie otulały, rozluźniły się, a ich właściciel
spojrzał na mnie z troską.
-Już, nic
się nie stało. – szepnął, spoglądając w moje oczy. Stałam tam jak
sparaliżowana, gdy poczułam jak łapie mnie za dłoń i przeprowadza na drugą
stronę ulicy. Szliśmy tak w ciszy, a ja trzymałam się jego ogromnej dłoni jak kamizelki
ratunkowej.
Pogrążyłam
się w myślach, aż nagle poczułam gwałtowny wstrząs.
-Hej, uważaj
jak chodzisz. – usłyszałam obok siebie. Dziewczyna, która patrzyła na mnie z
wyrzutem w jasnych oczach pocierała sobie ramię. Chwilę zajęło mi skojarzenie
tego z bólem w moim ramieniu.
-Przepraszam,
nie chciałam cię potrącić.
Dziewczyna
jednak wbiła wzrok w Bartka. Normalka. Nie żebym uważała się za wartą uwagi,
ale nasze wyjścia zawsze wyglądały tak samo. Staliśmy tak chwilę, aż Bartek
ścisnął mocniej moją dłoń.
-Śpieszymy
się.
-Jeszcze raz
przepraszam. – odwróciłam się kawałek dalej, a potem starałam się nadążyć za
pędzącym siatkarzem.
-Bartek, nie
mam tak długich nóg jak ty. Zwolnij. – jęknęłam. Spojrzał na mnie z
westchnieniem.
-Tylko na
chwilę cię samą zostawić, to już krzywdę sobie zrobisz.
-To nie było
celowe.
-Wiem
przecież.
-Gdyby nie
ty to ja bym… Kurczę.
-,,To nie
mój dzień, schowam się w cień’’. –zacytował mi fragment znanej reklamy,
poprawiając mi humor i próbując odwrócić moją uwagę od wydarzenia sprzed
kilkunastu minut.
Przytulił
mnie mocno i trwaliśmy tak w tym uścisku, na środku chodnika. Musieliśmy
wyglądać komicznie patrząc na różnicę wzrostu, ale nie interesowało mnie to.
Jego ramiona zasłaniały mi cały świat, czułam się tak jakby oprócz naszej
dwójki nie istniało już nic więcej. Uspokoiłam się, ale nagle zesztywniałam.
Wróciły do mnie wspomnienia poprzedniego wieczoru.
-Powiesz mi,
gdzie tak wczoraj zniknąłeś?
Westchnął i
powoli się ode mnie odsunął.
-Nie chcę o
tym gadać. Nie musisz się martwić, naprawdę.
Zmarszczyłam
brwi, a on złapał mnie za rękę i ruszyliśmy do domu, a każde z nas było
pogrążone we własnych myślach.
Jakiś
tydzień później siedziałam przy stole nakrytym nienagannie wyprasowanym
obrusem. Żadnej zmarszczki. Talerze w równej odległości, sztućce po tej
stronie, po której powinny być, pachnące potrawy i nieskazitelnie wyglądająca
mama Bartka po drugiej stronie stołu i jego ojciec. Chyba tylko mnie to trochę
przytłaczało. Swoją drogą nie dziwiło mnie zachowanie Bartka. Wychował się w
takim domu i w takich warunkach, więc traktował je jak coś normalnego. Moje
dzieciństwo było pełne wszystkiego, ale jednego nie zaznałam nigdy – porządku.
Niby każde z nas wiedziało, że coś takiego istnieje, ale nie w naszym domu.
Moja mama zmęczona wracała z pracy, a później nie miała już czasu na
sprzątanie, w sumie to każdy był zabiegany. Z jednego miejsca do drugiego,
często bywało tak, że w domu bywaliśmy tylko na noc, żeby się przespać. Ciekawe
jak to jest wychowywać się ze świadomością, że wszystkie Twoje rzeczy znajdują
się na konkretnych miejscach. Na pewno praktyczniej, nie traci się czasu na
bieganie po pokojach ze szczoteczką do zębów w ustach i obłędem w oczach, w
poszukiwaniu czegoś ważnego.
-Ty w ogóle
mnie słuchasz?
Spojrzałam
nieprzytomnie na Bartka.
-Czyli, że
nie. –zaśmiał się, a ja wzruszyłam ramionami. – Jak zawsze.
-Nieprawda.
Spojrzał na
mnie z niedowierzaniem.
-Nie, pewnie, że nie.
-No może w
pewnym sensie masz rację.- powiedziałam przymuszona jego spojrzeniem i ironicznym spojrzeniem.
-Skoro już
zjedliśmy, to może przeniesiemy się do ogrodu? – zapytała jego matka.
-Czemu nie?
– wstał i złapał mnie za dłoń, a potem wyszliśmy na zewnątrz. Usiedliśmy tuż
przy oczku wodnym, kiedy jego rodzice nadal pozostali w środku budynku. Objął
mnie ręką, a ja oparłam głowę na jego ramieniu.
-O jak
dobrze. – westchnęłam, a odpowiedzią był tłumiony śmiech Bartka.
-Może być
lepiej. – odwrócił się do mnie i widziałam jak jego twarz powoli przybliża się
do mojej. Byliśmy już oddaleni od siebie o milimetry, gdy…
-Zjecie
może…
Odsunęliśmy
się od siebie jak oparzeni, gdy tylko usłyszeliśmy głos jego matki. Ta w
odpowiedzi tylko szeroko się uśmiechnęła.
-Chciałam
zapytać, czy chcecie może zjeść po kawałku ciasta…
-…ale to
może poczekać mamo. – dokończył za nią Bartek szeroko się uśmiechając.
-Zrozumiałam.
Jak już będziecie mieli ochotę na ciasto, to dajcie znać. – zaśmiała się i
zabrała ze sobą jego młodszego brata, Kubę.
Gdy znikła
we wnętrzu domu, cały czas czułam, że moje policzki płoną.
-Jak
nastolatka. – skomentował moje zawstydzenie Bartek.- To na czym my
skończyliśmy?
Zbliżył się
do mnie, a ja położyłam mu rękę na torsie, zatrzymując go kilka centymetrów od
mojej twarzy.
-Mogę się
założyć, że tamta firanka nie rusza się z powodu wiatru, którego zresztą nie
ma.
-Myślisz, że
mamusia obserwuje? – uśmiechnął się szeroko. – Pomachajmy jej i czekajmy na
reakcję.
Już podnosił
rękę, a ja złapałam ją w połowie drogi i ściągnęłam w dół.
-Dobra,
zrozumiałam.
Sama
przyciągnęłam go do siebie i wbiłam się w jego usta. Kiedy już się od siebie
oderwaliśmy, uśmiechnął się do mnie szelmowsko.
-Pewność
siebie pierwsza klasa.
-Dobry
nauczyciel to podstawa.
-Zjecie już
może po kawałku ciasta? – usłyszeliśmy z wnętrza domu. Zaśmiałam się i z trudem
podniosłam się z zielonej, idealnie przystrzyżonej trawy.
-Teraz z
wielką chęcią. – odpowiedział jej Bartek, ściągając mnie z powrotem na ziemię. Z
domu wybiegł Kuba i chwilę później zostałam na trawniku już sama, bo rodzeństwo
zniknęło gdzieś w głębi ogrodu. Zastanawiałam się co ze sobą zrobić, bo było mi
tak trochę niezręcznie siedzieć w ogródku prawie obcych ludzi. Z opresji wyratowała mnie pani Kurek.
-Ala, może
pomogłabyś mi z ciastem?- zawołała wychylając się przez okno. Ochoczo
poderwałam się i weszłam do chłodnego domu.
-Co mam
zrobić? – zapytałam, kiedy stanęłam tuż obok niej.
-Pokrój
kilka kawałków na talerzyki, ja zrobię kawę i zaraz to zaniesiemy.
Dała mi nóż,
który chwilę później zanurzyłam w delikatnym cieście czekoladowym. Nałożyłam
już kilka kawałków, gdy przypomniały mi się tajemnicze telefony do Bartka. Nie
chciałam się do tego przyznawać, ale nie bardzo mu wierzyłam, że to właśnie
jego mama ustalała z nim jakieś rzeczy dotyczące niespodzianki dla jego ojca.
-Niespodzianka
się udała? – zapytałam, korzystając z okazji, że reszta rodziny znajdowała się
na zewnątrz. Przez kuchenne firanki widziałam Bartka i Kubę, grających w nogę
oraz ich ojca, który stał przy prowizorycznej bramce , której granice
wyznaczały dwa krzesła.
Pani Kurek
popatrzyła na mnie na początku nie wiedząc o co chodzi. Chwilę później jej
twarz rozjaśnił uśmiech.
-Bartek ci
powiedział?
-Tak, ale
nie podał mi żadnych szczegółów. – odpowiedziałam nadal krojąc ciasto.
-Mój mąż
miał urodziny, zaprosiliśmy całą rodzinę do takiego miłego dworku. To wszystko
wymagało wiele przygotowań, gdyby nie Bartek to chyba poddałabym się już na
starcie. Byłoby jak w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że czarna owca
naszej rodziny, wiecznie obrażona na świat panienka nie mogła trzymać języka za
zębami i wszystko się wydało. Nie rozumiem tej dziewczyny, same z nią problemy.
– powiedziała z zatroskaniem na twarzy.
-Bartek nic
mi o niej nie mówił. – stwierdziłam, pierwsze słysząc o ,,czarnej owcy’’.
-Bo nie ma
czym się chwalić. Jest prawie pełnoletnia i uważa, że wszystko jej wolno.
Niedawno Bartek musiał jechać po nią na prawie drugi koniec Polski, bo uciekła
z domu.
-Ponad
tydzień temu to było? – zapytałam, modląc się, abym usłyszała tę jedną, jedyną
odpowiedź o której marzyłam.
-Tak,
dokładnie. Pamiętam, że był zły, bo miał iść na jakąś imprezę, ale zrobiło się
nam szkoda jej rodziców, więc ubłagaliśmy go i pojechał.
-Tą imprezą
były moje urodziny. – uśmiechnęłam się lekko, w środku czując jednak jak
rozpiera mnie radość.
Kobieta spojrzała na mnie z wyrzutami sumienia wypisanymi na twarzy.
-Gdybym
wiedziała, to może znaleźlibyśmy kogoś innego…
-Niech się
pani nie martwi. Nie mam wam tego za złe.
Naszą
rozmowę przerwało pojawienie się w kuchni Bartka i Kuby. Ich matka postanowiła
ich wykorzystać to czarnej roboty i wręczyła im talerze z kawałkami ciasta. Ja
do ręki wzięłam dzbanek i powoli wyszliśmy do ogrodu.
Nie mogłam
się powstrzymać i pocałowałam Bartka w policzek.
-A to za co?
– zaśmiał się.
-Twoja mama
powiedziała mi, dlaczego zwiałeś z moich urodzin.
Spojrzał na
mnie badawczo, a potem się zaśmiał.
-Ty
myślałaś, że mam kogoś na boku, tak?
Nie
odpowiedziałam, ale czułam, że odpowiedź jest wypisana na mojej twarzy.
-Z kim ja
się zadaję, no. – zaśmiał się, a potem każde z nas zabrało się za jedzenie
wyśmienitego czekoladowego ciasta.
Wszystko wracało do normalności. Z perspektywy czasowej dobrze jednak wiem, że skały o które miał się rozbić statek ,, Ala'' nieubłaganie się zbliżały i pojawią się tak nagle, jak góra lodowa w zderzeniu z którą Tytanic poszedł na dno. Początkowo zbagatelizowane zagrożenie okaże się być tym drastycznym w skutkach.
*
Hohoho, tak długiego rozdziału to ja chyba jeszcze nie dodałam.Chyba warto było czekać trzy dni.
Uwaga, uwaga, kolejny rozdział to już ostatni rozdział dotyczący wspominek Ali. Długością nie będzie powalał, ale teraz trochę oszczędniej będę dawkować akcję. Nie liczyłam jeszcze ile wszystkich rozdziałów będzie, bo ich nie spisałam, ale około 20 na pewno. ;)
Czujecie to? Majówkę czas zacząć! Wreszcie będzie można leżeć plackiem i zepchnąć książki w kąt pokoju.
Marzenie. Niestety (lub stety) ja nie będę mogła nic nie robić, bo robimy w domu mały remoncik i tym sposobem będę miała niedługo ściany pomalowane na kolory o finezyjnych nazwach, a mianowicie : Wieczorne Spotkanie i Przelotne spojrzenie. ;) Powiem wam, że nie wiem skąd biorą się te nazwy, bo w ogóle mi się z tymi kolorami nie kojarzą.
Także nie będę się nudzić, pędzel w dłoń i jedziemy.
Przez to całe malowanie pół mieszkania mi się zwaliło do pokoju i patrząc na ilość rzeczy w nim umieszczonych, nie rozłożę łóżka i przyjdzie mi spać na podłodze. ;)
Jakieś plany macie na majówkę? A może część z Was zrobiła już sobie wolne jak moja przyjaciółka? Nie miałam kogo zamęczać w drodze do szkoły gadaniem o siatkówce, o ja biedna.
;)
O mój wolny czas zatroszczyła się też pani od matematyki, która zadała nam arkusz z matury podstawowej i rozszerzonej, do których odpowiedzi w internecie nie ma. Że tak posłużę się jej własnym cytatem: ,,wypasione są''. ;)
Andrzej Wrona w Skrze.
<3