wtorek, 30 kwietnia 2013

XIV


,,Za dużo czegoś może sprawić, że jesteś Ci źle

Nawet dobro może być przekleństwem
To sprawia, że trudniej jest wybrać drogę, po której iść
świadomość zbyt wielu rzeczy może też Cię zranić''
''
Cheryl Cole - Fight for this love


Następnego dnia wstałam później niż zwykle. Zgodnie z naszym rytuałem powinniśmy zjeść razem śniadanie, ale zastałam Bartka już ubranego z pilotem w ręku. Nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem, ja sama nie miałam ochotę na rozmowę. Wlałam sobie do miski mleko i wsypałam płatki, a później mieszałam w niej łyżką, bo nie miałam żadnej ochoty na jedzenie. Napięcie było tak namacalne, że aż można było je kroić nożem. Kiedy już w końcu zmęczyłam posiłek, ubrałam się i podeszłam do czekającego w przedpokoju Bartka, zabrałam torbę i bez słowa wyszliśmy z mieszkania. Kiedy dotarliśmy na basen każde z nas wybrało się do swojej szatni i chwilę później oboje zanurzyliśmy się w chodnej chlorowanej wodzie. Basen zawsze przynosił mi spokój, tym razem było jednak inaczej. Nie mogłam już znaleźć tego, co tak zawsze mnie uspokajało. Pływanie było odskocznią, ale niestety zajmowało mięśnie, nie myśli. Po zrobieniu kilku długości basenu nadal byłam rozdarta w środku. Delikatność wody znikła, teraz czułam się jak statek dryfujący po morzu ze zwiniętymi żaglami podczas sztormu, bez perspektyw na przyszłość. To wzburzenie wcale nie miało związku z szybko młócącymi wodę szerokimi ramionami na sąsiednim torze, których właścicielem był Bartek, ale jego osobą. Nie wiedziałam już, co mam robić. Dlaczego nie chciał nic mi powiedzieć. W mojej głowie zaczęły pojawiać się wszystkie możliwe scenariusze, odganiałam je jak tylko mogłam, ale i tak gdzieś tam z tyłu pozostawały i kłuły jak wbijana w ramię szpilka. 

Wyszliśmy z wody i nawiązaliśmy krótki kontakt wzrokowy, ale chwilę później do Bartka przyskoczyły jakieś dziewczyny, rozpoznając w nim siatkarza, a ja znalazłam swoje klapki, ściągnęłam czepek i ruszyłam się przebrać. Opłukałam się z chlorowanej wody i ubrałam szorty i T-shirt, po czym wysuszyłam włosy. Ociągałam się, bo nie miałam ochoty na powrót w tej samej napiętej atmosferze, jakby pozbawionej powietrza.  Z jednej strony nie chciałam dać mu okazji do rozmowy, bo bałam się co powie, z drugiej jednak wolałam, żeby to wszystko mi wytłumaczył, aby było tak jak wcześniej. Pchnęłam drzwi od szatni i dostrzegłam go siedzącego przed budynkiem. Wyszłam na zewnątrz, a on zerwał się z ławki i ruszyliśmy w cichą drogę powrotną. Każde z nas szło drugą stroną chodnika. Niby razem, a jednak osobno, spoglądając przed siebie. Zachowywaliśmy się jak obrażone dzieci, ale chyba żadne z nas nie chciało zacząć tej trudnej rozmowy. Ja czekałam, aż zrobi to on, bo z nas dwojga to chyba on powinien się z tego wszystkiego wytłumaczyć. A on? W tej chwili nie potrafiłam rozgryźć co dzieje się pod jego jasną czupryną i bardzo mnie to martwiło.

Właśnie postawiłam nogę na pasach, bo chciałam przejść przez ulicę, gdy nagle poczułam mocne szarpnięcie do tyłu. Ogromne ramiona uchroniły mnie nie tylko przed upadkiem, ale i wpadnięciem pod rozpędzony samochód. Serce zaczęło bić mi jak oszalałe, gdy zobaczyłam jak mało brakowało, abym znalazła się pod jego kołami. Jak to możliwe, że weszłam na pasy nawet nie patrząc, czy coś jedzie? Byłam w ciężkim szoku. Ramiona, które mnie otulały, rozluźniły się, a ich właściciel spojrzał na mnie z troską.
-Już, nic się nie stało. – szepnął, spoglądając w moje oczy. Stałam tam jak sparaliżowana, gdy poczułam jak łapie mnie za dłoń i przeprowadza na drugą stronę ulicy. Szliśmy tak w ciszy, a ja trzymałam się jego ogromnej dłoni jak kamizelki ratunkowej.
Pogrążyłam się w myślach, aż nagle poczułam gwałtowny wstrząs.
-Hej, uważaj jak chodzisz. – usłyszałam obok siebie. Dziewczyna, która patrzyła na mnie z wyrzutem w jasnych oczach pocierała sobie ramię. Chwilę zajęło mi skojarzenie tego z bólem  w moim ramieniu.
-Przepraszam, nie chciałam cię potrącić.
Dziewczyna jednak wbiła wzrok w Bartka. Normalka. Nie żebym uważała się za wartą uwagi, ale nasze wyjścia zawsze wyglądały tak samo. Staliśmy tak chwilę, aż Bartek ścisnął mocniej moją dłoń.
-Śpieszymy się.
-Jeszcze raz przepraszam. – odwróciłam się kawałek dalej, a potem starałam się nadążyć za pędzącym siatkarzem.
-Bartek, nie mam tak długich nóg jak ty. Zwolnij. – jęknęłam. Spojrzał na mnie z westchnieniem.
-Tylko na chwilę cię samą zostawić, to już krzywdę sobie zrobisz.
-To nie było celowe.
-Wiem przecież.
-Gdyby nie ty to ja bym… Kurczę.
-,,To nie mój dzień, schowam się w cień’’. –zacytował mi fragment znanej reklamy, poprawiając mi humor i próbując odwrócić moją uwagę od wydarzenia sprzed kilkunastu minut.
Przytulił mnie mocno i trwaliśmy tak w tym uścisku, na środku chodnika. Musieliśmy wyglądać komicznie patrząc na różnicę wzrostu, ale nie interesowało mnie to. Jego ramiona zasłaniały mi cały świat, czułam się tak jakby oprócz naszej dwójki nie istniało już nic więcej. Uspokoiłam się, ale nagle zesztywniałam. Wróciły do mnie wspomnienia poprzedniego wieczoru.
-Powiesz mi, gdzie tak wczoraj zniknąłeś?
Westchnął i powoli się ode mnie odsunął.
-Nie chcę o tym gadać. Nie musisz się martwić, naprawdę.  
Zmarszczyłam brwi, a on złapał mnie za rękę i ruszyliśmy do domu, a każde z nas było pogrążone we własnych myślach.

Jakiś tydzień później siedziałam przy stole nakrytym nienagannie wyprasowanym obrusem. Żadnej zmarszczki. Talerze w równej odległości, sztućce po tej stronie, po której powinny być, pachnące potrawy i nieskazitelnie wyglądająca mama Bartka po drugiej stronie stołu i jego ojciec. Chyba tylko mnie to trochę przytłaczało. Swoją drogą nie dziwiło mnie zachowanie Bartka. Wychował się w takim domu i w takich warunkach, więc traktował je jak coś normalnego. Moje dzieciństwo było pełne wszystkiego, ale jednego nie zaznałam nigdy – porządku. Niby każde z nas wiedziało, że coś takiego istnieje, ale nie w naszym domu. Moja mama zmęczona wracała z pracy, a później nie miała już czasu na sprzątanie, w sumie to każdy był zabiegany. Z jednego miejsca do drugiego, często bywało tak, że w domu bywaliśmy tylko na noc, żeby się przespać. Ciekawe jak to jest wychowywać się ze świadomością, że wszystkie Twoje rzeczy znajdują się na konkretnych miejscach. Na pewno praktyczniej, nie traci się czasu na bieganie po pokojach ze szczoteczką do zębów w ustach i obłędem w oczach, w poszukiwaniu czegoś ważnego.
-Ty w ogóle mnie słuchasz?
Spojrzałam nieprzytomnie na Bartka.
-Czyli, że nie. –zaśmiał się, a ja wzruszyłam ramionami. – Jak zawsze.
-Nieprawda.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
-Nie, pewnie, że nie.
-No może w pewnym sensie masz rację.- powiedziałam przymuszona jego spojrzeniem i ironicznym spojrzeniem.
-Skoro już zjedliśmy, to może przeniesiemy się do ogrodu? – zapytała jego matka.
-Czemu nie? – wstał i złapał mnie za dłoń, a potem wyszliśmy na zewnątrz. Usiedliśmy tuż przy oczku wodnym, kiedy jego rodzice nadal pozostali w środku budynku. Objął mnie ręką, a ja oparłam głowę na jego ramieniu.
-O jak dobrze. – westchnęłam, a odpowiedzią był tłumiony śmiech Bartka.
-Może być lepiej. – odwrócił się do mnie i widziałam jak jego twarz powoli przybliża się do mojej. Byliśmy już oddaleni od siebie o milimetry, gdy…
-Zjecie może…
Odsunęliśmy się od siebie jak oparzeni, gdy tylko usłyszeliśmy głos jego matki. Ta w odpowiedzi tylko szeroko się uśmiechnęła.
-Chciałam zapytać, czy chcecie może zjeść po kawałku ciasta…
-…ale to może poczekać mamo. – dokończył za nią Bartek szeroko się uśmiechając.
-Zrozumiałam. Jak już będziecie mieli ochotę na ciasto, to dajcie znać. – zaśmiała się i zabrała ze sobą jego młodszego brata, Kubę.
Gdy znikła we wnętrzu domu, cały czas czułam, że moje policzki płoną.
-Jak nastolatka. – skomentował moje zawstydzenie Bartek.- To na czym my skończyliśmy?
Zbliżył się do mnie, a ja położyłam mu rękę na torsie, zatrzymując go kilka centymetrów od mojej twarzy.
-Mogę się założyć, że tamta firanka nie rusza się z powodu wiatru, którego zresztą nie ma.
-Myślisz, że mamusia obserwuje? – uśmiechnął się szeroko. – Pomachajmy jej i czekajmy na reakcję.
Już podnosił rękę, a ja złapałam ją w połowie drogi i ściągnęłam w dół.
-Dobra, zrozumiałam.
Sama przyciągnęłam go do siebie i wbiłam się w jego usta. Kiedy już się od siebie oderwaliśmy, uśmiechnął się do mnie szelmowsko.
-Pewność siebie pierwsza klasa.
-Dobry nauczyciel to podstawa.
-Zjecie już może po kawałku ciasta? – usłyszeliśmy z wnętrza domu. Zaśmiałam się i z trudem podniosłam się z zielonej, idealnie przystrzyżonej trawy.
-Teraz z wielką chęcią. – odpowiedział jej Bartek, ściągając mnie z powrotem na ziemię. Z domu wybiegł Kuba i chwilę później zostałam na trawniku już sama, bo rodzeństwo zniknęło gdzieś w głębi ogrodu. Zastanawiałam się co ze sobą zrobić, bo było mi tak trochę niezręcznie siedzieć w ogródku prawie obcych ludzi.  Z opresji wyratowała mnie pani Kurek.
-Ala, może pomogłabyś mi z ciastem?- zawołała wychylając się przez okno. Ochoczo poderwałam się i weszłam do chłodnego domu.
-Co mam zrobić? – zapytałam, kiedy stanęłam tuż obok niej.
-Pokrój kilka kawałków na talerzyki, ja zrobię kawę i zaraz to zaniesiemy.
Dała mi nóż, który chwilę później zanurzyłam w delikatnym cieście czekoladowym. Nałożyłam już kilka kawałków, gdy przypomniały mi się tajemnicze telefony do Bartka. Nie chciałam się do tego przyznawać, ale nie bardzo mu wierzyłam, że to właśnie jego mama ustalała z nim jakieś rzeczy dotyczące niespodzianki dla jego ojca.
-Niespodzianka się udała? – zapytałam, korzystając z okazji, że reszta rodziny znajdowała się na zewnątrz. Przez kuchenne firanki widziałam Bartka i Kubę, grających w nogę oraz ich ojca, który stał przy prowizorycznej bramce , której granice wyznaczały dwa krzesła.
Pani Kurek popatrzyła na mnie na początku nie wiedząc o co chodzi. Chwilę później jej twarz rozjaśnił uśmiech.
-Bartek ci powiedział?
-Tak, ale nie podał mi żadnych szczegółów. – odpowiedziałam nadal krojąc ciasto.
-Mój mąż miał urodziny, zaprosiliśmy całą rodzinę do takiego miłego dworku. To wszystko wymagało wiele przygotowań, gdyby nie Bartek to chyba poddałabym się już na starcie. Byłoby jak w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że czarna owca naszej rodziny, wiecznie obrażona na świat panienka nie mogła trzymać języka za zębami i wszystko się wydało. Nie rozumiem tej dziewczyny, same z nią problemy. – powiedziała z zatroskaniem na twarzy.
-Bartek nic mi o niej nie mówił. – stwierdziłam, pierwsze słysząc o ,,czarnej owcy’’.
-Bo nie ma czym się chwalić. Jest prawie pełnoletnia i uważa, że wszystko jej wolno. Niedawno Bartek musiał jechać po nią na prawie drugi koniec Polski, bo uciekła z domu.
-Ponad tydzień temu to było? – zapytałam, modląc się, abym usłyszała tę jedną, jedyną odpowiedź o której marzyłam.
-Tak, dokładnie. Pamiętam, że był zły, bo miał iść na jakąś imprezę, ale zrobiło się nam szkoda jej rodziców, więc ubłagaliśmy go i pojechał.
-Tą imprezą były moje urodziny. – uśmiechnęłam się lekko, w środku czując jednak jak rozpiera mnie radość.
Kobieta spojrzała na mnie z wyrzutami sumienia wypisanymi na twarzy.
-Gdybym wiedziała, to może znaleźlibyśmy kogoś innego…
-Niech się pani nie martwi. Nie mam wam tego za złe.
Naszą rozmowę przerwało pojawienie się w kuchni Bartka i Kuby. Ich matka postanowiła ich wykorzystać to czarnej roboty i wręczyła im talerze z kawałkami ciasta. Ja do ręki wzięłam dzbanek i powoli wyszliśmy do ogrodu.
Nie mogłam się powstrzymać i pocałowałam Bartka w policzek.
-A to za co? – zaśmiał się.
-Twoja mama powiedziała mi, dlaczego zwiałeś z moich urodzin.
Spojrzał na mnie badawczo, a potem się zaśmiał.
-Ty myślałaś, że mam kogoś na boku, tak?
Nie odpowiedziałam, ale czułam, że odpowiedź jest wypisana na mojej twarzy.
-Z kim ja się zadaję, no. – zaśmiał się, a potem każde z nas zabrało się za jedzenie wyśmienitego czekoladowego ciasta.

Wszystko wracało do normalności. Z perspektywy czasowej dobrze jednak wiem, że  skały o które miał się rozbić statek ,, Ala'' nieubłaganie się zbliżały i pojawią się tak nagle, jak góra lodowa w zderzeniu z którą Tytanic poszedł na dno. Początkowo zbagatelizowane zagrożenie okaże się być tym drastycznym w skutkach.
*
Hohoho, tak długiego rozdziału to ja chyba jeszcze nie dodałam.Chyba warto było czekać trzy dni.
Uwaga, uwaga, kolejny rozdział to już ostatni rozdział dotyczący wspominek Ali. Długością nie będzie powalał, ale teraz trochę oszczędniej będę dawkować akcję. Nie liczyłam jeszcze ile wszystkich rozdziałów będzie, bo ich nie spisałam, ale około 20 na pewno. ;)

Czujecie to? Majówkę czas zacząć! Wreszcie będzie można leżeć plackiem i zepchnąć książki w kąt pokoju.

Marzenie. Niestety (lub stety) ja nie będę mogła nic nie robić, bo robimy w domu mały remoncik i tym sposobem będę miała niedługo ściany pomalowane na kolory o finezyjnych nazwach, a mianowicie : Wieczorne Spotkanie i Przelotne spojrzenie. ;) Powiem wam, że nie wiem skąd biorą się te nazwy, bo w ogóle mi się z tymi kolorami nie kojarzą. 
Także nie będę się nudzić, pędzel w dłoń i jedziemy. 
Przez to całe malowanie pół mieszkania mi się zwaliło do pokoju i patrząc na ilość rzeczy w nim umieszczonych, nie rozłożę łóżka i przyjdzie mi spać na podłodze. ;)

Jakieś plany macie na majówkę? A może część z Was zrobiła już sobie wolne jak moja przyjaciółka? Nie miałam kogo zamęczać w drodze do szkoły gadaniem o siatkówce, o ja biedna. 
;)

O mój wolny czas zatroszczyła się też pani od matematyki, która zadała nam arkusz z matury podstawowej i rozszerzonej, do których odpowiedzi w internecie nie ma. Że tak posłużę się jej własnym cytatem: ,,wypasione są''. ;)

Andrzej Wrona w Skrze.
<3

sobota, 27 kwietnia 2013

XIII


,,Patrzę na drzwi
Zwyczajnie czekając aż wejdziesz
Ale czas ucieka
Ludzie pytają co u mnie
Podczas gdy ja wracam do wspomnień
Kiedy powiedziałeś że tu będziesz''



Wraz z początkiem sezonu coś zaczęło się psuć. Bartek wracał z treningów zły i zmęczony, niewiele ze sobą rozmawialiśmy. Zastanawiałam się czym spowodowana jest jego zmiana, ale po pewnym czasie przestałam drążyć ten sam temat.Na moje pytanie ,,Bartek, co jest grane’’, odpowiadał zirytowany:
-Nic, co ma być. Zmęczony jestem.
Kiedyś, gdy spostrzegł, że zrobiło mi się przykro, gdy tak mnie zbył, podszedł do mnie i przytulił mnie mocno. Łzy, które zakręciły mi się w oczach wsiąkły w jego koszulkę.
-Przepraszam. –wyszeptał. – Po prostu wylewam z siebie siódme poty i nie mam już siły nawet myśleć.
Odsunęłam się do niego, by wytrzeć twarz i przywołałam na twarzy nikły uśmiech. Pocałował mnie lekko, a później usiedliśmy na kanapie oglądając jakiś film. Przytulona do jego boku czułam się najbezpieczniej na świecie.
-Pojutrze jedziemy do Twoich rodziców.
-Pewnie już nie możesz się doczekać, co?
-No pewnie, że tak. – westchnął chowając twarz w dłoniach, z przerażeniem w oczach. Zaśmiałam się.
-Uważaj, bo jeszcze przyjdzie ci od pierwszego spotkania zwracać się do nich ,,mamo’’ i ,,tato’’.
Odpowiedzią był tylko uśmiech i ponowne skupienie się na ekranie telewizora.
Dzień później, kiedy planowałam co zabrać na weekend spędzony w domu, Bartek wrócił późnym wieczorem i zmartwiony stanął w progu. Na jego widok odłożyłam składaną bluzkę i spojrzałam na niego wyczekująco, czując jak żołądek zawiązuje mi się w supeł.
-Przepraszam, ale nie mogę jutro jechać. Zapomniałem, że wcześniej już coś komuś obiecałem.
Westchnęłam, obracając w dłoniach materiał. Zrobiło mi się przykro, ale obietnica, to obietnica.
-Nie ma sprawy. Jeszcze nie raz pojedziesz.
-Przepraszam cię jeszcze raz.
Uśmiechnęłam się krzywo i wróciłam do pakowania, gdy on zniknął w głębi mieszkania.  Cała droga do Gdyni była okropnie nudna, czegoś mi brakowało. To samo uczucie towarzyszyło mi gdy przebywałam z moimi bliskimi. Okazało się, że zjechała się cała rodzina z myślą, że poznają mojego chłopaka. Kilka nietaktownych zdań i pytań wprawiło mnie w naprawdę kiepski nastrój. Spacerowałam ulicami Gdyni z moimi kuzynkami, jednym uchem słuchając co do mnie mówią, żadne z ich słów do mnie nie docierało. Nie tak to sobie wyobrażałam. Myślałam, że te dni spędzę z wszystkimi, których kocham, najważniejsza w moim życiu osoba pozostała jednak w odległym Bełchatowie. Zastanawiałam się co teraz robi i czy też mu mnie tak brakuje.

Kiedy wróciłam do naszego mieszkania, odpowiedziało mi tylko echo. Szybkie spojrzenie na zegarek uświadomiło mi, że Bartek jest na treningu. Choć wiedziałam, że nie ma na to wpływu i to jego obowiązek, to zrobiło mi się zwyczajnie przykro. W tym momencie doszłam do wniosku, że powinnam zacząć panować nad swoją wyobraźnią, bo rzeczywistość była całkiem inna, rozczarowująca. Lepiej nie mieć żadnych oczekiwań, wtedy nie będę już zawiedziona.

Dni, kiedy był na meczu wyjazdowym upływały mi w ciszy czterech ścian. Wszyscy przyjaciele, jakich miałam, pozostali w Rzeszowie, a było ich aż trzech. Tutaj znałam kilka osób i lubiłam ich obecność, byli to jednak koledzy z drużyny Bartka i ich drugie połówki, a więc w tej chwili osoby także nie osiągalne. Zaczęłam zastanawiać się, czy to co do niego czuję nie jest w pewnym sensie toksyczne. Czy to normalne, że jedna osoba jest Twoim całym światem i bez niej nie potrafisz się odnaleźć nawet w zwykłej rutynie dnia? Jedzenie śniadania, gdy on nie siedzi naprzeciwko, oglądanie telewizji bez bitwy o pilota, chodzenie na zakupy i taszczenie ciężkich toreb do domu, a później rozpakowywanie ich także w samotności i zauważanie, że zapomniało się kupić pewnych istotnych rzeczy. Wieczór i przewracanie się w pustym, zimnym łóżku, w oczekiwaniu na smsa o treści ,,dobranoc’’. Żadna noc nie mogła być dobra, skoro jego nie było obok. Za każdym razem gdy wracał, spychałam te myśli na dalszy tor, uparcie jednak powracały, gdy wyjeżdżał.

Wszystko zaczęło jednak wracać do normy. Jeździliśmy razem do naszych krewnych, a każda z ciotek wykorzystując moją nieuwagę, zasypywała go pytaniami o nasze wspólne plany na przyszłość, strasznie go pesząc. Na szczęście udawało mi się wyrwać go z ich szponów w dobrym czasie, za co był mi za każdym razem bardzo wdzięczny.
Nastał sezon reprezentacyjny. Cieszyłam się na fakt, że na jedną z nudnych rodzinnych uroczystości pojadę razem z nim, jak to mieliśmy w zwyczaju. Po raz kolejny jednak tuż przed wyjazdem poinformował mnie, że nie może mi towarzyszyć.
-Przepraszam cię, ale dzwonił do mnie Igła, mamy mieć jutro zebranie.
-Jasne, reprezentacja jest ważniejsza. – westchnęłam, nie ukrywając już żalu.
-Ala…
-Nie mam do ciebie pretensji. To Twoja praca, przykro mi po prostu, że muszę jechać tam sama. – odpowiedziałam, unikając jego wzroku.
Nawet jeśli chciałam, to nie mogłam tak nie okazywać tego, że mi smutno z tego powodu. Wiedziałam, że życie z siatkarzem tak będzie wyglądać, ale miałam do niego ciche pretensje, że najpierw obiecuje, a później je odwołuje. Dlaczego zawsze w stosunku do innych musiał się wywiązywać z przyrzeczeń?
Kiedy jednak wrócił do domu na kilka dni, byłam tak szczęśliwa, że go widzę, że wszystkie posępne myśli wyparowały. Liczyło się tylko to, że już mam go u swojego boku, mogę się do niego przytulić gdy mi źle i pośmiać się. Zaczęłam snuć wspólne plany, a on tylko uśmiechał się i nabijał z moich słów, a ja zawsze udawałam, że jestem na niego z tego powodu zła.

Nadszedł lipiec i wielkimi krokami zbliżały się moje urodziny. Na moje pytanie, co od niego dostanę, odpowiadał:
-Ja muszę ci wystarczyć.
Za każdym razem dostawał ode mnie po głowie, co było trudną sztuką, zważywszy na różnicę wzrostu. W dzień, kiedy w końcu mogłam się cieszyć, lub też płakać nad tym, że jestem o kolejny rok starsza, kazał mi się ładnie ubrać i zaprowadził do samochodu. Czując motylki w brzuchu, zastanawiałam się, gdzie mnie wywiezie, on jednak nie powiedział ani słowa. Zatrzymaliśmy się przed pięknym budynkiem. Przekroczyłam jego drzwi i zostałam zaskoczona przez Zośkę, Miśkę i Pawła oraz kumpli z drużyny zarówno klubowej jak i reprezentacyjnej z osobami towarzyszącymi.
-Sto lat, sto lat…
-Niech żyje Ala! – krzyczeli i śpiewali, a ja czułam, że te dwudzieste trzecie już urodziny chyba będą najlepszymi w moim życiu. Zdmuchnęłam świeczki i pomyślałam życzenie.
-Co sobie życzyłaś? – zapytał mnie Bartek, gdy rozdawaliśmy gościom kawałki tortu.
-O tym, że chcę już zawsze iść u boku takiego przystojniaka.
-Lepiej nie mów nic więcej, podobno wypowiedziane na głos życzenie się nie spełni. – rzuciła przechodząca obok mnie Miśka, na co ja machnęłam ręką. 
Gdy w dłoni trzymałam już ostatnie dwa kawałki tortu rozejrzałam się po pomieszczeniu, szukając Bartka, dla którego ciasto miałam na talerzyku.
-Widzieliście gdzieś Bartka? – zapytałam Piotrka Nowakowskiego, ten jednak także powiódł wzrokiem po Sali, a później potrząsnął głową.
-Może do łazienki poszedł?
Przestałam zakrzątać sobie głowy tą kwestią i zasiadłam u boku Zośki przy stole, słuchając jej opowieści. Mówiła mi, że znalazła pracę i byłam szczęśliwa, że się jej układa, niestety moje zdenerwowanie nasiliło się, gdy Bartek nie wracał. Powoli wszyscy zaczęli się zbierać, zdziwieni, że tak nagle zaginął, zaczynali do niego dzwonić, on jednak nie odbierał. Sama wybierałam jego numer jakieś kilkadziesiąt razy. Na parkingu nie było jego samochodu, ktoś podwiózł mnie do mieszkania, które także stało puste. Już nawet nie pamiętałam kto. Nie byłam w stanie zmrużyć oka. Martwiłam się, cholernie się martwiłam.
Dochodziła druga w nocy, kiedy tak po prostu wrócił. Cicho zamknął drzwi, myśląc pewnie, że śpię. Stanęłam w progu przedpokoju, z furią w oczach.
-Gdzie byłeś Bartek? – zapytałam spokojnie, a mój głos poniósł się po pomieszczeniu.
-Przepraszam…- zaczął, ale nie dałam mu skończyć.
-Nie, nie przepraszaj. Nie rób tego nigdy więcej, nie chcę słyszeć tego słowa. Znowu mnie wystawiłeś. – powiedziałam gorzko, a łzy zakręciły mi się w oczach. – To były moje urodziny, a ty tak po prostu nagle gdzieś zniknąłeś, bez słowa. Powiedz mi tylko gdzie byłeś?
-Książkę o mnie piszesz? – warknął wbijając we mnie lodowate spojrzenie. Łzy nagle zatrzymały się w moich oczach. Otarłam je i zaczęłam się trząść ze złości.
-Po prostu się o ciebie martwię. – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, nadal nawiązując z nim kontakt wzrokowy.
-Miałem coś ważnego do zrobienia. – odpowiedział spokojnie.
-Ważniejszego niż moje urodziny. – bardziej stwierdziłam, niż spytałam, z nutką wściekłości w głosie. Spoglądałam na jego wysoką postać, która teraz wbiła wzrok w podłogę. – Więcej pewności siebie Bartek! Powiedz mi, co było ważniejszego niż moje urodziny, które sam zorganizowałeś!
-Świat nie kręci się wokół ciebie Ala. – odpowiedział, akcentując każde słowo i patrząc na mnie. W jego niebieskich oczach nie widziałam tej sympatii, radości, tego wszystkiego, co zawsze mu towarzyszyło. Tylko złość.
-Nie chodzi o mnie Bartek! – krzyknęłam, już nie wytrzymując napięcia.
-Może znów wypomnisz mi, że nie pojechałem z Tobą kilka razy do rodziny, bo miałem zgrupowanie?!
-Jeśli nie chcesz ze mną być, jeździć do moich krewnych, to po prostu mi to powiedz, a nie zasłaniasz się kłamstwami! – cały czas już tylko krzyczałam, on z resztą też. Na moje słowa jednak spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
-Przestań gadać głupoty…
 – Pytałam Piotrka, nic nie wiedział o tych zgrupowaniach. – powiedziałam beznamiętnie, czekając na jego reakcję. Nabrał dużo powietrza, aby coś powiedzieć, ale zrezygnował, jakby próbując się opanować. Najwidoczniej to nie wystarczyło.
-Szpiegujesz mnie? –warknął, stojąc już metr ode mnie. Zadarłam wysoko głowę i skrzyżowałam ręce na ramionach. Mierzyliśmy się spojrzeniem, byłam pewna, że gdyby w pomieszczeniu ulatniał się gaz, to już dawno byśmy wysadzili cały budynek w powietrze, bo z jego oczu sypały się iskry złości.
-Bartek… Co ja mam robić? Cały czas próbujesz sprzedać tę samą śpiewkę, nie chcesz mi nic wyjaśnić. – odpowiedziałam już spokojnie,  z żalem w głosie.
-Podstawą związku jest zaufanie. – odezwał się już spokojniej.
-A powinnam ci zaufać?

Pytanie zawisło między nami, nie doczekałam się na nie odpowiedzi. Szczerze to nawet nie chciałam słyszeć ani jednego słowa. Poczułam ścisk w gardle, minęłam go i poszłam do sypialni, po czym położyłam w lodowatej pościeli. Chwilę później poczułam, jak się do mnie przytula, ale odepchnęłam jego rękę.
*

Ekhem. No ten tego.
Ostrzegałam. ;)

Nudny weekend, brzydki, deszczowy, to nie mam co pisać.
Szkoda, że Kooistra odchodzi ze Skry, polubiłam go i to bardzo. Aż się boję reszty transferów.

EDIT: Nieee. Przez moje roztrzepanie rozdział dodał się dzień wcześniej. Nie ma to jak nie zmienić daty w publikacji. W takim razie kolejny post nie za dwa, a za trzy dni, tak jak powinien się ukazać - we wtorek.;)
EDIT 2 : Wprowadziłam do rozdziału małe zmiany, bo niektóre zdania nie miały sensu, a część nie zgadzała się merytorycznie. Także moi drodzy, w opowiadaniu nastał lipiec. ;)

piątek, 26 kwietnia 2013

XII


,,Po prostu nie mogę uwierzyć, że miłość, miłość, miłość
przejmuje nade mną kontrolę''
Powoli zaczęły docierać do mnie odgłosy. Poprzez uchylone okno słyszałam szybko jadące po brukowanej uliczce auto, śmiech dzieci i stukające po kostce obcasy. Otworzyłam stopniowo oczy i jakąś minutę później przywykłam już do jasności zalewającej pokój. Zegarek na półce wskazywał 9:05. Zadowolona, że nigdzie mi się nie spieszy, odwróciłam się na drugi bok i położyłam głowę na ramieniu śpiącego obok mnie wielkoluda, który cicho pochrapywał. Kiedy tylko wygodnie się ułożyłam, poruszył ręką i objął mnie.
-Udawałeś. – zarzuciłam mu, na co w odpowiedzi otworzył lewe oko i spojrzał na mnie z uśmiechem na twarzy.
-Nie chciałem cię budzić. Tak słodko gadałaś przez sen.
Na jego słowa podniosłam się na ramieniu.
-Co niby mówiłam?
-Jaki to jestem przystojny i jak to fajnie jest ze mną być. – odpowiedział, uśmiechając się szelmowsko.
-Ja? Chyba ci się to przyśniło. Aż takich głupot nie mogę wygadywać nawet we śnie. – spojrzałam na niego i odwzajemniłam uśmiech, chociaż starałam się zachować powagę.
-Zapamiętam to sobie. – spojrzał na mnie z poważną miną, ale w jego oczach zobaczyłam wesołe iskierki. Wyciągnął w moim kierunku rękę i poprawił kołdrę, którą się owinęłam. – Ubrałabyś się, jeszcze się sąsiad z naprzeciwka zgorszy.
Posłałam mu spojrzenie spod zmrużonych  powiek i ruszyłam do szafy. Obejrzałam zawartość kilku półek.
-Mówiłam ci już, że masz mało ubrań?
-W porównaniu z Tobą na pewno. - parsknął śmiechem.  – Spójrz na swoją stronę szafy. Twoje ciuchy aż błagają o to, żebyś je wybrała. O, na przykład ta bluzka.
Podniósł koszulkę, która wypadła z szafy w chwili, gdy otworzyłam jej drzwi i pomachał do mnie jej rękawami:
-Wybierz mnie, wybierz mnie. – zawołał cienkim głosikiem.
-Skoro tak prosisz. – zabrałam mu bluzkę, dobrałam do niej szorty i ruszyłam do łazienki. Jakiś czas później zjedliśmy razem śniadanie i poszliśmy na zakupy. Z nieba lał się żar.
-Ale gorąco. –jęknęłam.
-Uroki sierpnia.- skomentował i złapał mnie za dłoń, machając nią na wszystkie strony. Na widok lodziarni, pociągnął mnie stanowczo w jej kierunku. – Chyba znam dobry sposób na upały.
Kupił aż cztery gałki lodów i różnych najdziwniejszych smakach, podczas gdy ja zajadałam się dwiema truskawkowymi. Spoglądając na jego próby szybkiego zjedzenia topiącego się w ponad trzydziestostopniowym upale zakupu, zaśmiałam się:
-Walka z czasem.
Spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko, by później zarzucać mi, że to właśnie przeze mnie część lodów spadła mu na buty, na co odpowiedziałam mu opętańczym śmiechem. Szczególnie zabawny był moment, gdy próbował pozbyć się substancji z nowiutkich adidasów. Spojrzał na mnie spod byka.
-To już koniec. Nie mogę być z dziewczyną, która nie traktuje mnie poważnie. – dźgnął mnie w żebra.
W odpowiedzi przewróciłam oczami.
-Dzisiaj idziemy do Zatiego, pamiętasz?
-Mówiłeś mi o tym już z dziesięć razy. – spojrzałam na niego z uśmiechem. Przechodziliśmy właśnie obok Hali Energia. Zawiesiłam na niej swoje spojrzenie i zamyśliłam się, kiedy poczułam na swojej szyi jego usta.
-Łaskoczesz! – próbowałam go odepchnąć, dusząc się ze śmiechu, ale różnica wzrostu była też jednoznaczna z różnicą siły. W końcu to nie ja chodzę na siłownię i zagrywam piłkę z prędkością ok. 100 km/h.
-Chodź, jeszcze się napatrzysz. Jeśli myślisz, że podczas meczy będziesz siedzieć w domu, to się mylisz. Kupię ci żółto-czarną koszulkę i będziesz mi machać z pierwszego rzędu. – spojrzał na mnie stanowczo, a ja już nawet nie miałam siły się z nim droczyć, tylko lekko się uśmiechnęłam. – Wiesz, twarz pomalowana na te dwa kolory i te sprawy.
-Może do tego jeszcze transparent ,, Kuraś najlepszym na świecie’’? – uniosłam wysoko brwi, nabijając się z niego.
-Nie zaszkodzi się w taki zaopatrzyć. – odpowiedział mi w podobnym tonie.

Nim się obejrzałam, było już popołudnie. Przebrałam się w coś fajniejszego i ruszyliśmy do Pawła Zatorskiego. Już od jakiegoś miesiąca mieszkałam w Bełchatowie razem z Bartkiem, który postanowił wrócić do swojego poprzedniego klubu. Skończyłam już studia i byłam już świeżo upieczonym grafikiem, w Rzeszowie nic oprócz przyjaciół mnie już nie trzymało.Paweł jęczał, że nie będzie już miał komu wylewać swoich żali i z kim gadać na najdziwniejsze tematy. Zośka i Miśka były teraz bardzo daleko, a poza tym wyjechały na wakacje, uprzednio informując mnie, że gdyby szykował się jakiś ślub, to mam je o tym poinformować, bo inaczej mi żyć nie dadzą. Nabijały się ze mnie i tego, że tak wpadłam jak śliwka w kompot i nie mogłam przeżyć dnia bez myślenia o ,,moim mięśniaku’’, widziałam jednak, że były zadowolone z mojego stanu psychicznego. Zawsze martwiły się o to, że nie ułożę sobie życia, a stało się odwrotnie. Wiedziałam, że Bartek jest tym, z którym chciałabym spędzić jego resztę.

Dotarliśmy do mieszkania Pawła i ledwo rozsiedliśmy się na kanapie,  Bartek musiał wyjść odebrać telefon. Zrobiło mi się trochę nieswojo pośród ludzi, których dopiero co poznałam, bo jakoś wcześniej nie było do tego okazji. Kłos i reszta jednak dobrze się bawili i czy chciałam, czy nie, mnie także wciągnęli w rozmowę na najróżniejsze tematy.  Minęło prawie pół godziny, a ja zorientowałam się, że Bartka nadal nie ma. Zaczynałam się już martwić, że coś się  stało, gdy wszedł do mieszkania. Odetchnęłam z ulgą.
-Gdzie ty tak długo byłeś? – zapytałam. Spojrzał na mnie nieprzytomnie.
-Ach, mama mnie zagadała. Nie mogłem jej tak przerwać, a później jeszcze znajomego pod blokiem spotkałem. – odpowiedział w drodze do kuchni po jakiś napój. Wracając zwrócił się do Karola. – Chyba jej nie zamęczyliście?
-Niee. No może troszeczkę. – zaśmiał się ten drugi, spoglądając na mnie.
-Było okropnie. – uśmiechnęłam się, mrugając do niego. W odpowiedzi złożył ręce na piersiach i spojrzał na mnie z udawanym wyrzutem.
W  kolejnych konwersacjach brałam czynny udział, śmiałam się z żartów chłopaków, Bartek był jednak jakiś nie  w sosie. Kiedy wracaliśmy do domu, przytuliłam się do niego.
-Coś się stało? – spojrzałam badawczo na jego twarz. – Jakiś nieobecny jesteś.
-Zmęczony jestem po prostu. – uśmiechnął się lekko i pocałował mnie. –Nie martw się.
Jego pocałunek uspokoił mnie na tyle, że zaczęłam zagadywać go i opowiadać to, czego się podczas tego krótkiego popołudnia dowiedziałam. Kiedy zawtórował mi, gdy śmiałam się z przytaczanego kawału, czułam, że wszystko jest na swoim miejscu.
Następnego ranka obudziłam się przed siódmą rano.
-Bartek. –jęknęłam, rzucając się po łóżku, bo cały czas mnie łaskotał. – Daj człowiekowi się wyspać.
-Jak ja nie śpię, to i ty nie będziesz. – zaśmiał się i dalej mnie męczył. Udało mi się wyrwać i uciekłam do łazienki. Usiadłam na brzegu wanny i przetarłam zaspaną twarz spoglądając w swoje odbicie.
-Boże, wyglądam okropnie. Brak snu mi nie służy. – powiedziałam, patrząc na rozczochraną dziewczynę w lustrze, którą niestety byłam ja.
-Dla mnie jesteś najpiękniejsza na świecie. – powiedział głośno, machając klamką od drzwi i dobijając się. – Otwórz, już nie będę.
-Ta, jasne.
Chcąc nie chcąc, w łazience jest raczej niewiele atrakcji, musiałam więc wyjść ze swojego schronienia. Jeśli jednak myślałam, że tak po prostu sobie wrócę do łóżka, to się myliłam. Bartek prawie zaprowadził mnie do kuchni. Zrobił sobie kanapkę, gdy ja jeszcze w połowie nieprzytomna siedziałam na blacie i śledziłam wzrokiem jego poczynania.
-Dla mnie z dżemem. – zwróciłam się do niego, patrząc jak smaruje sobie drugą kromkę. Spojrzał na mnie z miną ,,ach, naprawdę?’’, ale wyciągnął kolejną kromkę i truskawkowy dżem.
-Bon apetit. – ukłonił mi się i podał kanapkę. – Jedz szybko i wybywamy.
-Gdzie niby? – spojrzałam na zegar wiszący na ścianie, który uświadamiał mi, że jest dopiero kilkanaście minut po siódmej.
-Ćwiczyć moja droga, ćwiczyć. Pakuj kostium i w drogę.
Nie musiał dwa razy powtarzać. Pognałam do pokoju i chwilę później stałam już pod drzwiami, z torbą na ramieniu. Był już w przedpokoju, gdy zadzwonił jego telefon. Przerwał ubieranie butów i spoglądał na wyświetlacz, a on wciąż dzwonił.
-Znowu mama?
-To chyba trochę potrwa.
-Dobra ja poczekam na dworze. – odpowiedziałam. – Tylko nie gadaj z nią tyle, co ostatnio.
Skinął mi głową i zniknął w głębi mieszkania, a ja wybiegłam z klatki schodowej i usiadłam na jednej z ławek. Trawa była jeszcze pokryta rosą, a powietrze ciepłe i rześkie, bardzo przyjemne. Za kilka godzin w słońcu nie będzie szło wysiedzieć. Obserwowałam mijających mnie ludzi, uśmiechając się do niektórych starszych pań. W pewnym momencie tuż obok mnie pojawił się Bartek.
-Idziemy? – zapytał z rękoma w kieszeniach.
Wstałam i szliśmy tak obok siebie.
-Co tam u mamy?
-Dobrze wszystko.
-Czemu tak do ciebie często dzwoni? – zapytałam z czystej ciekawości. Spojrzał na mnie krótko i odpowiedział patrząc przed siebie:
-Jakąś niespodziankę dla ojca szykuje. Mam jej w tym pomóc.

Jedno spojrzenie na jego zmarszczone brwi utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest w czymś zamyślony, nie chciałam więc mu przerywać. Przytuliłam się do jego ręki, którą nadal trzymał w kieszeni i czekałam z niecierpliwością na moment, gdy zanurzę się w toni wody pachnącej chlorem.
Nie chciałam, żeby ta chwila kiedykolwiek odeszła.
Życie jednak nie zawsze układa się po naszej myśli.
*
Kolejny rozdział maxi. Jakie będą kolejne? Nie wiem, bo jeszcze ich nie spisałam. Skończyły mi się rezerwy i może być ciężko.W tej chwili już sama nie wiem ile będzie tych rozdziałów w sumie. Ja po tym tygodniu w szkole już nic nie wiem. ;)

Tak oto justberrry kładzie cień na związku Bartka i Ali. Całkowita ciemnica nachodzi wielkimi krokami. Bądźcie gotowe.

Gimnazjaliści, jak podsumujecie swoje trzy dni testów? Dobrze Wam poszło? Trzymałam kciuki. ;)

Mam takie tyły w Waszych opowiadaniach i w ogóle ze wszystkim związanym z blogowaniem czy ogólnie internetem. Ja już chcę wolne. Tymczasem te dwa dni szkoły przed majówkami są obładowane sprawdzianami i kartkówkami. Nie ma zmiłuj się. ;/
Maturzyści kończą szkołę, a to oznacza nie tyle to, że będę najstarszym rocznikiem, tak zwaną seniorką, ale to, że lekcje są skrócone i tym oto sposobem lekcje miałam do dwunastej. A tak naprawdę do 11:30. 30. minutowe lekcje to ja mogłabym mieć zawsze. :>
Nasz szkolny geniusz odszedł dzisiaj jako maturzysta ze średnią 5,5. Ciekawe kto teraz zajmie jego miejsce.
Mam nadzieję, że nie ja. :D

Będę zmieniać szablon, więc nie zdziwcie się jak coś się zacznie dziać i rozjeżdżać. ;)

środa, 24 kwietnia 2013

XI


,,Obiecałam, że już nigdy nie oszaleję z miłości
Ale to nawet nie wydaje się być szaleństwem
Jesteś wszystkim, czego potrzebuję i czymś więcej
Modlę się, by to nie odeszło''
Beyonce - Halo

Zamiast siedzieć na plastikowym krzesełku, gdzieś w sektorze przy linii bocznej boiska, siedziałam na krawężniku przed wejściem do hali. Mijający mnie ludzie myśleli chyba, że żebrzę o pieniądze na jedzenie czy coś w tym rodzaju, bo obcinali mnie wzrokiem i rozglądali się, jakby zdziwieni, że nie trzymam w dłoniach białej kartki z jakimś wzruszającym tekstem i nie udaję niewidomej. Jedna kobieta nawet chciała wcisnąć mi piątkę, ale na całe szczęście udało mi się jeszcze ją dogonić i oddać monetę. Tłum przerzedł aż w końcu wszyscy, którzy mieli się znaleźć we wnętrzu hali w niej byli. Wszyscy oprócz mnie. Sama świadomość, że czeka tam krzesełko, które przez ten cały czas pozostanie puste i pewnie trochę kosztowało, sprawiało, że czułam się jeszcze gorzej. Miałam dopingować reprezentacji, trzymać kciuki za Bartka, który pofatygował się, żeby załatwić mi miejscówkę i dodatkowo dał mi ją w prezencie, a tak wylądowałam przed wejściem do budynku. Nie przyjdzie mi podziwiać Ergo Areny od wewnątrz.
Zła kopnęłam butem kamyk, który nawinął mi się na drodze. Chodziłam w tę i z powrotem, szukając jakiegoś wyjścia, ale wiedziałam, że moja obecność na nic się nie zda. Jeśli chcę jeszcze trzymać za nich kciuki, powinnam wrócić do domu i włączyć telewizor. Włóczyłam się jednak po okolicy, ciekawa losów spotkania. Jakieś dwie godziny później z hali zaczęły wylewać się setki kibiców. Jak się tego spodziewałam, po ich humorach łatwo było wywnioskować, że biało-czerwoni dali kibicom powód do dumy i zwyciężyli rywala. Śmiechy i przyśpiewki mijających mnie ludzi trochę poprawiły mi humor.

Dobrze wiedziałam, że telefonowanie nic nie zmieni, bo przed i po spotkaniu każdy z siatkarzy miał wyłączoną komórkę, a tak przynajmniej mówił Bartek. Pomyślałam jednak, że jeśli miał choć chwilę na rozejrzenie się, to może zauważył brak jednej maleńkiej osoby i jest rozczarowany, lub chociaż ciekawy, dlaczego się nie pojawiłam? Sygnał, nawet jeśli telefon jest poza zasięgiem dotrze do niego i będzie wiedział, że nie zmieniłam zdania czy też zwyczajnie się nie obraziłam. Kto tam wie, co w tej jego jasnej głowie siedzi.
Ponownie zajęłam miejsce na krawężniku, tym razem wybrałam ten, który leżał bliżej tylniego wejścia do hali. Dzięki temu widziałam autokar polskiej drużyny i miałam nadzieję, że… nie wiem na co miałam nadzieję. Mięśnie porządnie mi się już zastały, a ja chyba lekko przysypiałam, gdy mój telefon zawibrował, a później z jego głośnika rozbrzmiała jedna z moich ulubionych piosenek. 
-Hm, halo?
-Wstań z tego krawężnika, bo się przeziębisz.- usłyszałam jego głos.
-Dobrze mamo. – zaśmiałam się, po czym rozejrzałam się i zdziwiona zauważyłam, że część siatkarzy stoi już przy swoim autokarze. Zastanawiałam się, czy ja aby przypadkiem nie zasnęłam, choć na chwilę, bo stojąca kawałek dalej grupka nie należała do najcichszych. Nie mogłam jednak rozpoznać ich twarzy, bo było już ciemno, a blask latarni był zbyt słaby, abym widziała coś poza konturami.
Rozłączyłam się i wstałam z niemałą trudnością, przeciągając się, a potem ruszyłam powoli aby podejść bliżej, jak przynaglała mnie do tego jedna machająca energicznie postać.
Kolos wyszedł mi naprzeciw i kiedy był już jakiś metr ode mnie, dostrzegłam zarys jego twarzy. Podczas gdy jego przyjaciele żartowali i śpiewali, on nie wyglądał na zadowolonego, nie wiem, może przybitego?
-Bartek przepraszam, ale jestem totalną ciamajdą. – jęknęłam uśmiechając się krzywo.  – Chciałam być na meczu, ale zgubiłam bilet.
Popatrzył na mnie z niedowierzaniem.
-Na serio.
-Żartujesz? Trzeba było zadzwonić, powiedziałbym ochronie, żeby cię wpuścili.
-Miałeś wyłączony telefon. – przypomniałam mu.
-Też prawda. – odpowiedział, przecierając sobie twarz dłonią. – A ja już myślałem, że nie chciałaś iść na mecz, ale nie mogłaś wykazać się odrobiną asertywności, więc wolałaś zataić przede mną fakt, że się nie zjawisz.
-Żałuję, że nie widziałam tego na żywo, nigdy bym nie odmówiła. Nikt przy zdrowych zmysłach by chyba tego nie zrobił.
-Czyli gdyby naszła mnie ochota, to mogę ci kupić bilet, którego już nie zgubisz? – uśmiechnął się szeroko.
-Postaram się. – położyłam dłoń na serce, jakby przysięgając. – A tak w ogóle to gratulacje, podobno ich roznieśliście.
-No, można tak powiedzieć. Na miazgę. – zaśmiał się. – Siedziałaś tak tutaj cały czas?
Pokręcił głową z niedowierzaniem, a potem odwrócił się, bo trener zaczął go ponaglać, ponieważ reszta siedziała już w autokarze. Dobrze, że w środku było ciemno, nie mogłam zobaczyć tego, czego byłam całkowicie pewna – większość z nich się nam przypatrywała.
-Dobra, idź. – powiedziałam, bo zrobiło mi się głupio, że przeze mnie reszta drużyny się denerwuje.
-No nie wiem. Odprowadzę cię do auta. – odpowiedział mi, spoglądając na ciemny parking. W duchu pomyślałam sobie, że gdybym miała sama iść przez ten plac, to chyba nie wytrzymałabym nerwowo. Za dużo obejrzanych horrorów.
-Zmęczony?
-Zmęczony, ale szczęśliwy. – zaśmiał się. Kiedy dotarliśmy do auta, autokar zatrzymał się niedaleko, bo przezorny pan kierowca podjechał tak, że Bartek mógł po odwróceniu się wsiąść do otwartych na całą szerokość drzwi. – Zero prywatności.
Z wnętrza dochodziły mnie jakieś głosy,  ale była to tylko plątanina słów.
-Zdzwonimy się. – powiedział, zerkając przez ramię na wychylające się z ciemnej otchłani autobusu głowy. –Ćwicz pewność siebie, bo jak tylko złapię okazję, to zrobię ci z niej sprawdzian.
-Tak jest panie profesorze! – zaśmiałam się.

Kiedy już dotarłam do domu, przypominałam sobie, że nie mam kluczy. Czując pewne wyrzuty sumienia zadzwoniłam do mojej mamy.
Otworzyła mi zaspana, w pidżamie, mrużąc oczy w jasno oświetlonym przedpokoju.
-Przepraszam, ale zapomniałam je spakować. – zaczęłam się tłumaczyć, mając na myśli klucze. W odpowiedzi pokiwała mi głową, dając do zrozumienia, że nie oczekuje wyjaśnień.
-Jak tam pierwszy mecz na żywo? Jakie wrażenia?
-Hm. Nijakie. Zgubiłam bilet i przesiedziałam ten cały czas na zewnątrz. Muszę przyznać, że oglądanie Ergo Areny z perspektywy parkingu raczej nie dostarcza jakichś ogromnych wrażeń. – odpowiedziałam, krzywiąc się.
-Jeszcze nie raz pojedziesz na mecz… - starała się dość nieudolnie mnie pocieszyć, na co machnęłam ręką. – A co na to Twój przyjaciel? W końcu kupił dla Was bilety, a ty tak po prostu się nie pojawiłaś, musiał pójść na mecz sam.
-Nie był osamotniony, uwierz mi. Poza tym, wcale nie potrzebował biletu. – odpowiedziałam mojej nic niewiedzącej matce, której nie wtajemniczyłam w sprawę portalu randkowego. Zawsze ostrzegała mnie przed znajomościami w sieci, dlatego też nie miałam najmniejszego zamiaru mówić jej o Bartku. Wiedziałam, że jeśli się dowie, to tak jak Miśka i Zośka będzie się na mnie boczyć, za to że nie pisnęłam ani słowa.
-Jak nie potrzebował? – spojrzała na mnie nierozumiejącym wzrokiem. Westchnęłam głęboko i rzuciłam prosto z mostu.
-Nie potrzebował, bo był jednym z zawodników.
Uśmiechnęła się szeroko i zaczęła chichotać.
-Naprawdę, jeśli chcesz mnie czymś zaskoczyć, żebym w to jeszcze uwierzyła, to musi to być bardziej prawdopodobne.
-Ale ja nie próbowałam cię w nic wrobić, mówię najszczerszą prawdę. – oburzyłam się, że mi nie wierzy.
-Może mi jeszcze powiesz, że Igła ci bilet zafundował? – spoglądała na mnie z rozbawieniem na twarzy i założonymi rękami. Jej poza strasznie zaczęła mnie irytować.
-Nie Igła, ale Kurek. Bartek Kurek. Ale nie każę ci w to wierzyć. – uniosłam prawy kącik ust w krzywym uśmiechu i ruszyłam do swojego pokoju.

Następnego dnia obudził mnie sms. Zła, że ktoś pisze do mnie już o siódmej rano, kiedy obracam się dopiero na drugi bok i chowam głowę pod poduszkę, zakopana w pościeli wyciągnęłam rękę i po omacku próbowałam znaleźć telefon leżący na szafce nocnej. Kiedy w końcu mi się to udało, zmrużonymi oczami odczytałam wiadomość. Wiedząc, że nie mam za dużo czasu, w ekspresowym tempie wyskoczyłam w łóżka, zaplątując się w kołdrę. Na szczęście wraz z kompletem zębów i brakiem innych uszczerbków na zdrowiu, ubrałam się w pierwsze lepsze ciuchy i zbiegłam po schodach na parter. W kuchni siedziała moja mama, która widząc w jakim stanie jestem, zaśmiała się.
-Pali się gdzieś? – skomentowała tak moje poczynania, kiedy biegałam po pomieszczeniu szukając kluczy i jakichś drobnych na bułkę. – Jakiś pociąg ci odjedzie?
-Pociąg nie, autokar tak.
Spojrzała na mnie czekając na dalsze wyjaśnienia, na które nie miałam już czasu.
-Idę się pożegnać z Kurkiem. – wyjawiłam swój prawdziwy plan, a ona kiwnęła mi głową z miną ,,głupszemu się ustępuje’’.
Kiedy już byłam w Gdańsku, w pobliżu hotelu, w którym zatrzymali się siatkarze, ucieszyłam się, że po tej jeździe z morderczą wręcz prędkością nadal żyję i nie jestem o kilka stów lżejsza dzięki panom w niebieskich mundurach. Przybyłam już w ostatniej chwili, bo wielkoludy pakowały swoje bagaże do autobusu.
-Bartuś, Twoja dziewczyna przyszła. – zaśmiał się jeden z nich, a ja speszona poczułam, że płoną mi policzki. Znowu. Bartek zawtórował mu i podszedł do mnie.
-Jesteś brudna z pasty. – przejechał mi dłonią po twarzy. – Już. Obudziłem cię?
-Wiesz, normalnie ludzie, którzy nie mają co robić, o siódmej znajdują się nadal w krainie snów.
-Napisałem ci, że wyjeżdżam, ale nie spodziewałem się, że przylecisz tutaj na łeb na szyję. – uniósł lekko kąciki ust.
-Nie mogłam tak po prostu znowu zasnąć. Nie jestem aż takim śpiochem, poza tym, byłoby mi głupio, że nie przyszłam się pożegnać. – wzruszyłam ramionami, spoglądając w jego oczy.
-Widzę, że z pewnością siebie już robisz postępy. Ani razu nie przyglądałaś się swoim butom.
Zaśmialiśmy się na jego słowa.
-No staram się. Ale to chyba tylko dlatego, że przywykłam do Twojego towarzystwa i lubię w nim przebywać.

Praktycznie wszyscy wsiadali już do autokaru, a mi zrobiło się tak jakoś przykro, bo wiedziałam, że pozostaną nam tylko kontakty telefoniczne i chyba nie udało mi się tego ukryć.
-Hej, głowa do góry.
A później mnie pocałował. Jak sparaliżowana wpatrywałam się w jego oczy, a on widząc moją minę zaczął się śmiać, w czym zaczęli dopingować go jego koledzy. Patrzyłam jak autokar wyjeżdża z parkingu i poczułam przypływ nagłej radości.
Kiedy tamten chłopak mnie zostawił, obiecywałam sobie, że już nigdy się nie zwiążę z takim dupkiem, ale Bartek był całkiem inną osobą. Troszczył się o mnie i chyba mu na mnie zależało.

Chyba w podświadomości cały czas chciałam, żeby Bartek był dla mnie kimś więcej. Wróciłam do domu w wyśmienitym humorze, co nie uszło uwadze moich rodziców.
-Widziałaś się z Kurkiem? – zapytała mama, cały czas się ze mną drocząc.
-Widziałam. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, po czym uśmiechnęłam się szeroko i pognałam na górę, a potem zakopałam się w kołdrze, marząc.

*

Rozdział wersja maxi, a przynajmniej na tak długi wyglądał w Wordzie. :D Nie zdążyłam go nawet przeczytać tak jak to zawsze robię, aby wyeliminować błędy, mam nadzieję, że nie było ich dużo.,,Pan Tadeusz'' + moja nauczycielka z polskiego = masa tekstu do analizowania.

Jutro już ostatni test! Jak Wam poszło drodzy gimnazjaliści? ;)
Język będzie łatwy. :)

Mało tekstu odautorskiego, bo mało czasu. W ogóle w szoku jestem. Weszłam na bloga tak z przyzwyczajenia, marząc, żeby przynajmniej jeden więcej komentarz był, a tu aż pięć nowych. Ale mi niespodziankę zrobiłyście. :)

Co do tego, że Bartek i Ala szybko zostali przyjaciółmi - akcja przyspieszyła, między pierwszym ich spotkaniem w kawiarni, a rozmową w Gdańsku dzień przed meczem z Argentyną było dużo czasu, ale ten okres został przemilczany. Pora przejść do konkretów. Przypomnę Wam, że Ala cały czas to wszystko sobie wspomina, bo każdy z rozdziałów to retrospekcja. Czas teraźniejszy mamy w prologu, pojawi się za kilka rozdziałów, ale wyraźnie to zaakcentuję. :)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

X


,,Na początku
nie było niczego,
tak pusto.
Wtedy wszedłeś,
włączyłeś światła
i stworzyłeś,
to co nadeszło.''

^pasuje jako podkład.

Wystawiłam twarz do zachodzącego słońca i przymknęłam oczy. Lato, koniec czerwca. Przerwa od nauki, wakacje. Żyć nie umierać. Uśmiechnęłam się sama do siebie.
-O czym myślisz?
Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałam na  twarz, którą skierował w moją stronę. Słońce raziło go w oczy, zmarszczył więc nos i czoło, a ogromną dłonią starał się rzucić na swoją twarz choć odrobinę cienia.
-O niczym.
-O wszystkim i o niczym?
-Dokładnie.
Byłam w doskonałym humorze.  Duży wpływ miała jego obecność i dobrze o tym wiedziałam. Siedzieliśmy na jednej z gdańskich ławek, w dość ustronnym miejscu, jeśli można by gdzieś takie w tej chwili znaleźć. Już jutro reprezentacja Polski miała zmierzyć się z Argentyną. Gdzieś pomiędzy treningami trener wcisnął swoim podopiecznym odrobinę czasu wolnego, dlatego też mogłam teraz siedzieć tuż obok niego i rozmawiać o głupotach. Kiedy dowiedział się, że pochodzę z niedalekiej Gdyni, zarezerwował mi bilet na mecz i tym właśnie sposobem miałam zasiąść na trybunach wraz z resztą kibiców i im dopingować. Jako Polka już wcześniej interesowałam się siatkówką i piłką nożną, bo trzeba wspierać swoich, wiadomo. Odkąd jednak poznałam Bartka, nie miałam wyboru i w tej chwili sport ten był dużą częścią mojego życia. Nie dlatego, że grałam w siatkę, bo miałam do tego dwie lewe ręce i raczej uciekałam przed piłką, zamiast ją odbierać, ale z powodu miłości mojego kompana do żółto-niebieskiej piłki. Jeśli ktoś, z kim lubisz spędzać czas nawija ci na jakiś temat przy każdej okazji, nie możesz tak po prostu tego zignorować i sama w to wsiąkasz.

Taka tam niska szatynka, nikomu nie znana w towarzystwie ogromnego wręcz znanego wszystkim siatkarza raczej przyciąga spojrzenia. Jeśli więc łudziliśmy się, że tak spokojnie sobie porozmawiamy, to były to wyłącznie nadzieje, niemożliwe do spełnienia.  Nasze wspólne wyjście trwało może z piętnaście minut, a w ciągu tak krótkiego okresu czasu naliczyłam tyle ciekawskich spojrzeń posyłanych w moim kierunku, jak jeszcze nigdy podczas mojego całego, dwudziestodwuletniego życia.
Zastanawiało mnie, dlaczego to właśnie na mnie trafiło. Cały czas nie mogłam się jakoś oswoić z tym, że osoba, z którą się zaprzyjaźniłam, była osobą publiczną. Wiele nastolatek wzdycha do jego plakatu, modli się o jedno choć jego spojrzenie i słowo, a ja tak po prostu teraz z nim siedzę na ławce. Traktowałam go jak normalnego człowieka, jednak jego sława trochę mnie przytłaczała. Z tego powodu rzadko kiedy nawiązywałam z nim kontakt wzrokowy.
Ludzie mówią, że w spojrzeniu człowieka można wyczytać wszystko, a ja nie chciałam, żeby zauważył w nim samotną, przerażoną i nieżyciową dziewczynę. Większość postrzegała mnie jako dziwaczkę, samotniczkę, która stroniła od tłumu i wszelkich imprez, na które dostawałam zaproszenia tylko dzięki Miśce, która była wręcz duszą towarzystwa. Jeśli ktokolwiek chciał kąpać się w jej blasku, musiał przynajmniej tolerować moją obecność. Nieraz dobrze się o tym przekonałam. W końcu przestałam się więc pchać, tam gdzie mnie nie chcą, co przyniosło ulgę nie tylko mi, ale wszystkim. Miśka nie musiała martwić się tym, że znów siedzę sama w kącie, ja nie musiałam udawać, że dobrze się bawię, a oni nie musieli użerać się moim towarzystwem i szukać wspólnych tematów, które nie istniały.

Dzięki tamtemu głupiemu portalowi mogłam zaprzyjaźnić się z Bartkiem. W pewnym sensie byliśmy podobni. Na temat każdego z nas krążyły różne opinie, a kiedy poznaliśmy się dość nietypową drogą, mogliśmy rozmawiać ze sobą bez zbędnych uprzedzeń.
-A teraz o czym myślisz?
-Szczerze?
-Szczerze.
-O tym jak dobrze, że cię poznałam.
Uśmiechnęłam się do swoich tenisówek.
-Ale zejdźmy ze mnie. Jak tam nastrój przed meczem?
-Nieźle jest.
-Nie masz tremy czy czegoś w tym rodzaju?
-Chyba grać potrafię, więc martwić się na zapas nie będę. Jakiś tam dreszczyk emocji czy ścisk w gardle mam, ale idzie to przeżyć. Zaczynasz myśleć o czymś innym i tak jakoś leci.
-Chodziło mi raczej o tych wszystkich ludzi. Wiesz, wychodzisz na płytę boiska i czujesz na sobie spojrzenia wszystkich dziewczyn, część prawie mdleje na Twój widok, tłum kobiet skanduje Twoje imię…
-Wydawało mi się, że na mecze chodzą też mężczyźni. – zaśmiał się. - Poza tym o wiele częściej skandują imię Zibiego.
-Wiesz o co mi chodzi. – spojrzałam na jego twarz, z której nie schodził uśmiech. – Ja bym tak nie potrafiła. Nienawidzę być w centrum uwagi.
-Zauważyłem. Zawsze jak ktoś do mnie podchodzi to znikasz w dziwnych okolicznościach. – szturchnął mnie ramieniem. –Popatrz na mnie jak do ciebie mówię.
Uśmiechnęłam się lekko i na chwilę nasze spojrzenia się spotkały, po czym odwróciłam głowę.
-To jest ponad moje siły, przykro mi.
-Chyba nie jestem aż tak brzydki, co?
Uniosłam zdziwiona głowę i popatrzyłam mu w oczy z politowaniem.
-Wydaje mi się, że rzesza fanek doskonale świadczy o tym, że jest odwrotnie.
Siedzieliśmy chwilę w ciszy, a mi zrobiło się jakoś głupio, czułam, że muszę coś dodać.
-Już taka jestem, przykro mi.  Nie możesz ode mnie wymagać czegoś, czego nie potrafię zrobić.
-Nie przepraszaj za to, jaka jesteś. To jeden z podstawowych błędów.
-Łatwo mówić, trudniej zrobić. –westchnęłam, patrząc gdzieś przed siebie. Chwilę później wszystkim co widziałam, była jego postać, która skutecznie zasłaniała mi resztę świata.
-Wszystko trzeba wyćwiczyć. Nawet pewność siebie. Co tak naprawdę przeraża cię w tłumie, czy też utrzymaniu kontaktu wzrokowego? – zapytał, patrząc na mnie z poważną miną. Zmarszczyłam brwi i z przyzwyczajenia wbiłam wzrok w ziemię, ale jego chrząknięcie sprawiło, że uniosłam głowę.
-Ludzie są nieprzewidywalni, tak? Wolę mieć wszystko czarno na białym, bo wtedy mam większą pewność, że nic mnie nie zaskoczy. I nie zrani. Jeśli ktoś tylko zauważy, że jesteś słaby, to odreaguje sobie na Tobie za coś, co mu nie poszło. Rozpowie na Twój temat głupoty. Wbije szpilę tylko po to, aby poczuć się lepiej Twoim kosztem.
-Ja nie mam zamiaru robić czegoś takiego. Nie musisz się mnie bać. Poza tym, nie warto słuchać tego co mówią na Twój temat inni. Gdybym tak robił, nie doszedłbym tu, gdzie teraz jestem.
-Nie boję się przecież. Ufam ci. Nie musisz się też obawiać, że nie patrzę ci w oczy z powodu Twojego wyglądu, bo jest na czym oko zawiesić. – uśmiechnęłam się lekko, a potem poczułam jak palą mnie policzki. Ukryłam twarz w dłoniach, a on zaśmiał się cicho.
-Rozumiem, że tego nie chciałaś mi powiedzieć. Czyżby było to ćwiczenie na pewność siebie? Dobrze ci idzie.
Dotarł do mnie jego głos, a przez palce ledwo widziałam jego postać.
-Długo będziesz tak siedzieć?
-Yhm.
Nie odezwał się, a ja czekałam. Sama nie wiem na co. Aż przestanie mi być tak totalnie głupio, że się uzewnętrzniam i że palnęłam największą głupotę, jaka mogła przejść mi przez usta. Nie żeby moje słowa były kłamstwem, po prostu ja takich rzeczy nie rzucam na prawo i lewo. To nie w moim stylu.
-U ciebie też jest na czym oko zawiesić. – usłyszałam jego rozbawiony wzrok.
Złapał mnie za nadgarstki i odsłonił mi twarz. Spojrzałam na niego ze zdumieniem.
-W tej chwili stawiając sobie Ciebie za wzór powinienem był schować twarz i spłonąć ze wstydu, ale tego nie zrobiłem. Chodź, idziemy się przejść. I nawet nie próbuj patrzeć na te interesujące płyty chodnikowe, bo pożałujesz.
-Nie chciałeś być może psychologiem? – zdziwiłam się, gdy ciągnął mnie za sobą.
-Nie. Poza tym, wystarczy mi jedna potrzebująca klientka.
Uśmiechnęłam się krzywo.
-Ludzie są nieprzewidywalni, ale jeśli tylko przestaniesz przepraszać za to, że istniejesz i patrzeć przed siebie, to nie będą już dla ciebie zagrożeniem. Poza tym, nie wszyscy lubują się w dokopywaniu innym. Chociaż kiedy poznałem jedną taką, myślałem, że właśnie to jest jej ulubionym zajęciem. Pozory mylą.
-Już ci mówiłam, że jestem wredna tylko wtedy, kiedy czuję się niepewnie i nie stoję z kimś twarzą w twarz. – zaczęłam się bronić, bo jego spojrzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że miał na myśli moje dość wredne wiadomości, które wysyłałam mu aby go spławić, kilka miesięcy wcześniej.
Stanęliśmy przy parkingu, na którym w oddali widniało moje auto.
-Powiedz mi jedno. – odezwał się, gdy mieliśmy się pożegnać. Przechyliłam głowę na bok, starając się patrzeć nieustannie w jego niebieskie oczy, co okazało się nie być jednak tak trudne, a wręcz przyjemne. – Dlaczego tak się boisz?
Przygryzłam wargę i spojrzałam na swoje buty. Hm, chyba pora je umyć. Że też wcześniej tego nie zauważyłam.
-Ala?
-Był taki jeden dupek, któremu uwierzyłam, a on później mnie wystawił i narobił mnóstwo kłopotów. Tyle. Nie chcę więcej nic na ten temat mówić. – powiedziałam prosto z mostu, bo czułam, że krycie się z myślami nic nie da. Mój opór słabł z minuty na minutę im dłużej ktoś mnie o coś prosił. Próbowałam powstrzymać łzy, świat jednak rozmazał mi się przed oczami i miałam ochotę odwrócić się na pięcie i uciec, coś jednak trzymało mnie wciąż na tym samym miejscu. W pewnej chwili poczułam na prawym ramieniu jego dłoń. To, że próbował mnie pocieszyć, zburzyło tamę, którą jako tako udawało mi się utrzymać w ryzach, a łzy pociekły mi ciurkiem po twarzy. Nim się obejrzałam, znalazłam się w jego ramionach, otulona zapachem jego perfum.
-Ciii, już jest ok. – mruczał jak mantrę, aż przestałam łkać i trząść się. – Dorwałbym tego gnojka.
-Nie, już dobrze. – odsunęłam się od niego i otarłam łzy. – Koniec gadania o mnie Bartek. Poza tym, chyba już pora na ciebie. Musisz się wyspać, żebym nie musiała się za ciebie wstydzić. Jak zawalisz, to będę miała wyrzuty sumienia.
-Widzimy się jutro. – zapytał, patrząc na mnie badawczo. Kiwnęłam głową, potakując. Przytulił mnie raz jeszcze, a potem rozeszliśmy się każde w swoją stronę.
Sama już nie wiedziałam, co mam na temat całej tej sytuacji myśleć, ale wypłakanie się w czyjś rękaw przynosiło ogromną ulgę. Po drodze do mieszkania patrzyłam na twarze niektórych ludzi, a część z nich nawet odpowiedziała mi uśmiechem. Może Bartek ma rację? Zdarzają się źli i dobrzy ludzie i nie ma po co się uprzedzać? Aż dziwne, że sama do tego nie doszłam. Potrzeba mi było takiego dwumetrowego faceta, żebym to sobie uświadomiła? 

*
Spokojnie, jak na razie. 
;)
Jak to już niektórym oznajmiłam, rozpisałam sobie plan na całe opowiadanie i według niego, w sumie rozdziałów będzie 20/21. Jak to wyjdzie, zobaczymy, może mi coś do głowy wpadnie. 
Także ten post to taki półmetek.

Jeszcze ten tydzień, później dwa dni szkoły i wolne. A później wracam po weekendzie majowym w poniedziałek, trzy dni wolnego ze względu na maturę, piątek do szkoły i znowu dwa dni wolnego. Żyć nie umierać.

Przy okazji życzę wszystkim gimnazjalistom szczęścia, połamania piór/ długopisów i wysokich wyników z nadchodzących testów. Wiem, jestem wredna, że wam o tym przypominam. Także jak to mówi moja nauczycielka od WOKu - ,,niech długopisy płoną''.
Szczególna dedykacja dla mojej Justyny, której to opowiadałam akcję poprzedniego opowiadania i plany jego dotyczące, nie wiedząc, że małpa je czyta. :D Tobie też ma dobrze pójść!

Żebym się z Was nie wstydziła! Dajcie znać później jak Wam poszło. Będę trzymać kciuki, siedząc po siedem godzin w szkole. <3
Naprawdę, ogromnym i chyba jedynym plusem tych egzaminów jest to, że piszecie i spadacie do domu, a ja muszę męczyć się cały dzień z tymi wariatami. ;)


sobota, 20 kwietnia 2013

IX


,,Rozkojarzone oczy i obojętność

Zniknęły, gdy ujrzałam twoją twarz
Wszystko co mogę powiedzieć to, że byłam oczarowana mogąc Cię spotkać''

Trochę żałowałam, że nie mogę powiedzieć dziewczynom ani słowa. W kłamaniu chyba byłam dość dobra, skoro żadna z nich nie zorientowała się, że zachowuję się inaczej niż zwykle. Bartek zadzwonił do mnie, że jest już w mieście i umówiliśmy się w małej kawiarni. Do spotkania pozostała mi godzina, a ja nadal stałam niezdecydowana przed szafą. Oglądałam jej wnętrze, kiedy do pokoju wpadła Miśka.
-A ty co? Nie wydaje mi się, żeby w tej szafie było coś wartego oglądania.
Spojrzałam na nią z mordem w oczach, co skłoniło ją do poprawienia się.
-Znaczy nie miałam namyśli Twoich ciuchów, nie są aż tak złe…
Posłałam jej kolejne wrogie spojrzenie.
-Dobra, już się nie pogrążam. – zaśmiała się i wyszła z mojego pokoju, a później usłyszałam, jak tarabani się w kuchni. Minuty mijały, a ja zdenerwowana, w końcu wyciągnęłam z szafy jasne rurki, biały T-shirt i cytrynowy sweter. Nie dam się zwariować przez jednego faceta. Poza tym, gdybym się wystroiła, dziewczyny zobaczyłyby, że gdzieś się wybieram i spokojne spotkanie zamieniłoby się na siedzenie w kawiarni i ukradkowe spoglądanie przez szybę w krzaki po drugiej stronie ulicy, w których siedziałyby w ubraniach moro, z lornetką i pokazywały mi kciuki. Po wyobrażeniu sobie tej sceny tylko upewniłam się w swoim wyborze. Zegarek stojący na szafce nocnej uświadamiał mi, że jeśli chcę zdążyć na czas, powinnam już wychodzić. Ruszyłam do kuchni napić się soku, ale moje ręce tak się trzęsły, że wywróciłam karton i pomarańczowa ciecz pociekła po blacie.
-Cholera jasna. – mruknęłam do siebie.
Kiedy już powódź została opanowana, ubrałam niebieskie trampki i narzuciłam na siebie czarną skórzaną kurtkę. Już miałam po cichutku wymknąć się z domu, gdy w przedpokoju pojawiła się Zośka.
-Idziesz gdzieś? Jakaś taka blada jesteś.
-Trochę dziwnie się dzisiaj czuję, stwierdziłam, że muszę się dotlenić. Skoczę na spacer, a później do galerii.
-My z Miśką też później wychodzimy, nie chcesz na nas poczekać?
-Nie, przejdę się sama. – uśmiechnęłam się do niej i szybko wybiegłam z budynku. Wiedziałam, że jeśli Miśka wkroczy do akcji, to o samotnym wyjściu mogę tylko pomarzyć. I tak będą czekały mnie długie przesłuchania i wyrzuty, że nic im nie powiedziałam na temat spotkania z ,,mięśniakiem’’. 

W drodze do przystanku mój humor jeszcze się pogorszył, a i tak byłam już kłębkiem nerwów. Jak na złość, autobus, który miał zawieść mnie do centrum, odjechał, a na kolejny musiałam poczekać kilkanaście minut. Nie miałam już tyle czasu. Zawsze narzekałam na ludzi, którzy się spóźniają, chciałam też znaleźć się tam wcześniej, żeby widzieć wszystkich facetów wchodzących do kawiarni i móc uciec jeśli zobaczę coś, co się mi nie spodoba. Nie wiedziałam, jak wygląda Bartek, on niestety miał pewne wyobrażenia na mój temat. Co prawda ikonka z portalu przedstawiała tylko mój profil, ale to już coś. Zawsze lepsze to niż umięśniona klata, która w kwietniu raczej skrywana jest nawet przez największych pozerów pod materiałem choćby ciasnego T-shirtu. Pozostało mi już tylko jedno – biec. Do centrum nie miałam tak naprawdę daleko i gdy widziałam już zarys kawiarni byłam jeszcze pięć minut przed czasem. Wpadłam do budynku zmęczona, marząc o tym, żeby Bartka nie było, bo jeśli zobaczyłby mnie w takim stanie, to na pewno już by wyszedł. Dziękowałam samej sobie za miłość do pływania, bo dzięki niej nie byłam w aż tak złej kondycji fizycznej.  Zajętych było tylko kilka stolików i to głównie przez dziewczyny, może ze szkoły średniej. Była też jedna starsza para, pewnie studenci. Żadnych wolnych facetów. No chyba, że tamten student to Bartek, który wziął tamtą dziewczynę za mnie. Chwila przyglądania się ich poczynaniom uświadomiła mi, że tych dwoje musi się jednak znać dużo dłużej, bo aż pożerali się wzrokiem. Zamówiłam kawę i usiadłam przy stoliku w rogu sali i wsłuchiwałam się w rozmowy dziewczyn siedzących niedaleko, jednak niewiele mnie zainteresowało. Studia a liceum dzieli głęboka przepaść, chociaż jeden temat jest wspólny dla obu grup. Faceci. Mimowolnie przysłuchiwałam się ich rozmowom i śmiechom, które trochę mnie bolały, bo przypominały o tym, że kiedyś też tak beztrosko siadałam sobie z moim kumpelami i gadałyśmy o błahostkach. Byłam pewna, że Miśka i Zośka nie zostawiłyby mnie tak, jak zrobiły to te wcześniejsze osoby, którym zaufałam.

Obróciłam głowę w stronę okna i spoglądałam na przechodzących obok ludzi, zastanawiając się, czy może któryś z tych facetów jest Bartkiem. Kilka razy moją uwagę odwrócił dźwięk otwierania drzwi, ale do kawiarni wchodziły dziewczyny, czy też pary. Stwierdziłam, że poczekam jeszcze dziesięć minut, a później wyjdę. Było już po  czasie i coraz bardziej myślałam o tym, że Bartek pewnie mnie zobaczył i stwierdził, że nie ma sensu zawierać znajomości. Nieprzytomnie przypatrywałam się temu, co dzieje się za oknem, gdy nagle mignęły mnie wysokie postacie kilku facetów. Dwóch blondynów i dwóch ciemnowłosych. Jeden z nich nawiązał ze mną kontakt wzrokowy i zdenerwowana rozpoznałam w nim tego samego spod klubu, siatkarza. Zobaczyłam Nowakowskiego i Kosoka, którzy też wtedy czekali przed klubem razem z atakującym, Bartmanem. Teraz na zewnątrz był też blondyn, który grał wraz z nimi w reprezentacji, Kurek. Zaczęli lustrować wnętrze kawiarni, powodując piski zadowolenia licealistek, które wysyłały w ich stronę powłóczyste spojrzenia. Uniosłam brwi w szczerym zdumieniu i uśmiechnęłam się lekko, starając się roześmiać się, kiedy tak patrzyłam jakie idiotki z siebie robią. Spojrzałam jeszcze raz w stronę siatkarzy i z niepokojem zauważyłam, że się mi przyglądają. Trzęsące się dłonie zacisnęłam na szklance i założyłam opadającą grzywkę za ucho.
,,Nie garb się, Ala!’’ – pomyślałam.
Chwilę potem drzwi do kawiarni otworzyły się, a do jej wnętrza wszedł jeden z nich. Kurek, rozejrzał się po pomieszczeniu i od razu został otoczony przez dziewczyny, które prosiły go o zdjęcia i autografy. Przyglądałam się temu widowisku z uniesionym prawym kącikiem ust, bo po prostu zrobiło mi się żal. Raz złapałam jego spojrzenie i zaśmiałam się z jego anielskiej wręcz cierpliwości wypisanej na twarzy. Wstałam od stolika, patrząc na zegar i przyjmując do świadomości, że mój Bartek już się nie zjawi. Podeszłam z pustą szklanką do lady i przy której chwilę wcześniej stanął siatkarz, a przy którym czułam się jak kurdupel. Z chwilą, gdy składał zamówienie, zdrętwiałam.
-… i kawałek ciasta czekoladowego.
Spojrzał na mnie, a ja wciąż zdumiona spoglądałam na jego twarz. To ten głos słyszałam w słuchawce, to z nim wymieniłam tyle wiadomości. Mój Bartek okazał się być mierzącym około dwa metry wysokości siatkarzem. Kurkiem. Absurdalność tej całej sytuacji, faktu, że sławny w koleś mający tysiące fanów, szuka przyjaźni czy czegokolwiek w Internecie...To wydawało się dość… dziwne?
Nie, to niemożliwe.
-Bartek? – zapytałam, po czym zdałam sobie sprawę, że zabrzmiało to dość głupio. – Znaczy się, wiem, że jesteś Bartek, ale nie że ten Bartek.
Poplątałam się w tej wypowiedzi i poczułam, jak moje policzki płoną, dosłownie. Znowu się zbłaźniłam. Siatkarz patrzył się na mnie oparty o ladę i zaśmiał się z mojego zdenerwowania. Wyciągnął z mojej dłoni szklankę, którą machałam w powietrzu żywo gestykulując i postawił ją na blacie.
-Niech zgadnę, Ala?– uśmiechnął się do mnie, poczym obrócił się w stronę kobiety za ladą. – Jednak dwa ciasta poproszę. I coś do picia.
Spojrzał na mnie wyczekująco.
-Sok pomarańczowy. – powiedziałam do niej, oswobadzając się z pierwszego szoku.
Odebraliśmy swoje zamówienia i usiedliśmy przy  stoliku, przy którym spędziłam wcześniej jakieś pół godziny. Siedzące nieopodal dziewczyny spoglądały na mnie zaskoczone. Za szybą raz po raz przechodził któryś z siatkarzy, a gdy Bartman pojawił się ponownie, Bartek pokazał mu piękny środkowy palec, po czym spojrzał na mnie.
-Przepraszam, że się spóźniłem, ale mieliśmy małe kłopoty natury technicznej. Do auta człowiek bez klucza nie wsiądzie, a mój szofer zapomniał je zabrać z domu i czekaliśmy na tą sierotę.
-Spokojnie, mi uciekł autobus i przebiegłam całą drogę. – uśmiechnęłam się do soku.
-Chyba pora na oficjalne zapoznanie. Jestem Bartek. – podniosłam wzrok i zobaczyłam uniesioną w moim kierunku dłoń. Wyciągnęłam swoją i potrząsnęłam nią.
-A ja jestem Ala.
-Zbyszek i reszta mówili mi, że skądś cię kojarzą, byli pewni, że ty to ty, jeśli wiesz co mam na myśli. – zaśmiał się. – Chociaż i ja tak podejrzewałem, w końcu ty jedyna siedziałaś tu zupełnie sama.
Odpowiedziałam mu lekkim uśmiechem, skierowanym znów w stronę pomarańczowego napoju. Chwilę później wgryzłam się już w znakomite ciasto czekoladowe, słuchając tego, co mówił Bartek. I nawet odważyłam się spojrzeć w jego niebieskie oczy. Kilka razy. Chyba o kilka za dużo.
Ciekawe co pomyślą dziewczyny, gdy im powiem, że mięśniakiem, z którym pisałam, był znany siatkarz. Zapewne mi nie uwierzą. Zresztą ja sama w to wszystko nie wierzyłam. Za bardzo przypomniało sen.
Uścisk jego dłoni był jednak jak najbardziej realny.
Wpadłam po uszy.

,,Uporczywe pytanie nie pozwalało mi zasnąć

2:00 nad ranem, kogo kochasz?
Teraz chodzę w tę i z powrotem
Życząc sobie, byś stał za moimi drzwiami
Otworzyłabym, a Ty powiedziałbyś
Czarująco było Cię spotkać''

Taylor Swift - Enchanted

*
Tam da da dam. Już w końcu się udało, doszło do spotkania. Nawet ja nie jestem taka wredna, żeby odkładać ten moment w nieskończoność. Teraz akcja będzie się toczyć dość szybko, bądźcie na to przygotowane. :)