czwartek, 30 maja 2013

XXVIII

,,Strach do­daje no­gom skrzydeł.'' 

Mam cię uczyć kultury? – zwrócił się do zbliżającego się kolegi. –Przedstawiłbyś się koleżance.
-Tak się składa, że już się znamy. – powiedział, trzymając ręce w kieszeniach i spoglądając na niego.
Ten w odpowiedzi zdziwił się chyba, ale potem na jego twarzy pojawił się znów ten okropny uśmiech. Popatrzył na mnie i puścił moją rękę, a ja rozmasowałam swój nadgarstek i poczułam mrowienie w  palcach, do których powoli zaczęło docierać krążenie. Wzrok jednak ciągle miałam skierowany w stronę drugiego faceta. Zauważyłam, że unika mojego wzroku i poczułam, że nadzieja, która się początkowo we mnie pojawiła, ucieka ze mnie jak powietrze z przebitego balonu.
-O, to miło. Potowarzyszy nam koleżanka dzisiejszego wieczoru? – powiedział ten okropny, jakby nie zauważając niezręczności, która zapanowała między mną, a jego kolegą, wprawiając mnie tym pytanie w zdumienie. Nie wiedziałam dokładnie o jaki rodzaj ,,towarzyszenia’’ mu chodziło.
-Sorry, ale spieszę się do domu. – odpowiedziałam neutralnie, udając obojętność. Serce nadal tłukło mi się w piersi, a ja miałam dziwne, pesymistyczne wrażenie, że ten wieczór nie będzie raczej należał do tego rodzaju wieczorów, które będę miło wspominać w wolnych chwilach.
-Chwilka nie zaszkodzi, dom ci nie ucieknie przecież. – uśmiechnął się do mnie ten, który usilnie prowadził ze mną rozmowę.
Miałam zaprotestować, gdy znów złapał mnie za nadgarstek i chcąc nie chcąc musiałam ruszyć za nim. Może byłabym w stanie coś zrobić, wkurzyć się, czy zacząć go tłuc na środku chodnika, ale po prostu byłam jak sparaliżowana. Normalnie gdybym spotkała dwóch facetów w ciemnej uliczce nie byłabym w stanie zrobić nic, poza wkurzeniem ich, a przecież fakt, że znałam jednego z nich powinien jednak być bardzo pomocny. Trochę oszołomiona zauważyłam, że idący obok mnie człowiek na pewno wie, że nie mam ochoty nigdzie z nimi iść, a mimo to nie powiedział żadnego słowa i nie wyglądał, żeby miał taki zamiar. Najbardziej zadziwiło mnie to, że z tej znanej mi tak twarzy znikła ta zawsze obecna pewność siebie, którą promieniował za każdym razem, gdy go widziałam.

W milczeniu przeszliśmy na drugą stronę ulicy, oddalając się do mojego domu, a ja gorączkowo zastanawiałam się, co mam zrobić. Oglądałam niby kilka filmów z różnymi psycholami, ale jedyne co przychodziło mi do głowy, to nie rzucać się, żeby nie zrobił mi krzywdy i mieć nadzieję, że nie planuje czegoś ohydnego. Chociaż ten jego uśmiech, którym mnie co chwila obdarzał, raczej nie podnosił mnie na duchu. Chciałam uciec w najlepszym do tego momencie, ale miałam praktycznie unieruchomiony w jego uścisku nadgarstek.

Facet usilnie próbował nawiązać rozmowę z jednym z nas, ale jego towarzysz był nadal tak milczący, jak ja.
-Skąd wy się w ogóle znacie? – zapytał, a ja widząc, że ten drugi nie ma chyba zamiaru nic powiedzieć, odezwałam się ze ściśniętym gardłem.
-Z pływalni.
W myślach zaczęłam mówić do kolegi z toru, którego tak często widywałam i który zrobił na mnie tak miłe wrażenie, żeby mi pomógł, nawet na niego klęłam i posyłałam w jego kierunku zrozpaczone, wnerwione momentami spojrzenia, niestety ten skutecznie nadal unikał patrzenia w moją stronę.
Fajnie. Jakiś psychol idzie sobie na luzie, ciągnąc mnie za sobą w nieznanym kierunku, a ten po prostu tak sobie udaje, że tego nie widzi.
Z nerwów zrobiło mi się niedobrze.  Dotarliśmy do jakiegoś budynku, pod którym moja ręka została wyswobodzona. 
-Bartek, pilnuj jej. – powiedział mojemu znajomemu z pływalni.

Cóż za ironia losu, czemu i on musi mieć na imię jak ten, z którym wiecznie się ostatnio kłóciłam i któremu powiedziałam, że wrócę do domu sama? Gdybym tylko nic nie mówiła, od dawna siedziałabym w cieplutkim domu i ta sytuacja w ogóle by mnie nie spotkała.
Miło tak po kilku miesiącach dowiedzieć się, jak ma na imię kolega z sąsiedniego toru, z którym tak lubiłam się wyścigować.  ,,Lubiłam’’ to dobre określenie, bo czułam, że jeśli wyjdę z tej sytuacji cało, będzie ostatnią osobą, z którą będę miała jakikolwiek kontakt. Choćby wzrokowy.

-Zaraz wrócę. – powiedział ten drugi, a gdy tylko jego sylwetka zniknęła we wnętrzu budynku, odwróciłam się do Bartka.
-Zmywam się stąd.
No chyba nie. Zdziwiona spojrzałam na jego rękę, która zacisnęła się mi na ramieniu.
-Co ty robisz?
-Nigdzie nie pójdziesz, nie mogę cię puścić. – powiedział, po raz pierwszy tego wieczoru spoglądając mi w oczy.
-Żartujesz chyba. – patrzyłam na niego, czekając aż mi przytaknie, ale to nie nastąpiło. – Sądziłam, że obracasz się w lepszym towarzystwie. Ten Twój kolega to psychol, nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Gdzie my w ogóle idziemy?
-Do klubu pewnie. – powiedział, już z rękoma w kieszeniach. – Naprawdę, nie mogę cię puścić, będę miał później przesrane.
-Nie interesuje mnie, co będziesz miał. Ten koleś jest ohydny, obleśny i po prostu mnie przeraża. Nie powiesz mi, że nie widziałeś, iż w ogóle nie mam ochoty z Wami iść.
-Posiedzisz z nami trochę, postawi ci  z dwa drinki i wrócisz do domu. Obiecuję.
-Mam ci może uwierzyć? Ten koleś nie wygląda mi na takiego.
-Jesteś moją znajomą, nic ci nie zrobi.
Przygryzłam wargę na widok jego kolegi, który pojawił się przy nas znienacka. Chciał złapać mnie za rękę, ale sama ruszyłam do przodu, jednocześnie gorączkowo zastanawiając się, jak uciec. W tej chwili nie ufałam już żadnemu z nich i jedyne czego chciałam, to wrócić do domu. W miarę jednak jak mijaliśmy różne uliczki, nie do końca wiedziałam, w jakiej części miasta jestem. Nigdy nie spacerowałam po zmroku, nie mogłam rozpoznać żadnego z budynków, choć z pewnością kiedyś tu byłam.

Kiedy koleś zaczął się do mnie kleić i nie trzymał rąk przy sobie, stwierdziłam, że pora się zwijać i to za wszelką cenę. W myślach zapaliła się mi ostrzegawcza lampa i od razu przed oczami stanęła mi scena z klubu wieki temu, gdy poszłam tam przerobiona jak nie ja, a jakiś nachalny koleś zaczął przystawiać się do mnie przy barze. Czułam jednak instynktownie, że tak łatwo jak z tamtym mi już nie pójdzie, bo nie otaczał mnie tłum ludzi, w którym byłabym w stanie wyparować. Nawet gdyby strach był ogromny, nie dałabym się obmacać facetowi, którego widzę któryś tam raz w życiu.
-Zostaw mnie czubku. – warknęłam i jedyne co zdążyłam zauważyć, to zniknięcie jego okropnego uśmiechu z jego twarzy. Chwilę później przed oczami zatańczyły mi gwiazdki, a policzek zapiekł mnie niemiłosiernie.
Czyli to tak musi czuć się człowiek spoliczkowany. Nikomu bym tego nie poleciła,za żadne skarby... chyba, że by sobie na to zasłużył.
Koleś z zaciętą miną złapał mnie za brodę i przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami.
-Przeproś.
-Zapomnij.
Tym razem dostałam w drugi policzek.  Zatoczyłam się do tyłu i z niedowierzaniem zobaczyłam, że Bartek przygląda się temu wszystkiemu i nie interweniuje. Zaczęły mnie piec oczy, a ja zrozumiałam, że ostatnie, co mogłam zrobić, to się popłakać. Czułam, że jeśli nic nie zrobię, na pewno nie skończy się na dwóch drinkach, a na izbie przyjęć jakiegoś szpitala. W najlepszym przypadku, bo inne nie wchodziły nawet w rachubę. Koleś był niepoczytalny, a ja nie chciałam skończyć w jakimś foliowym worku czy...
Przerażenie, które wcześniej mi towarzyszyło, ustąpiło miejscu adrenalinie.
-Idziemy.
-Po moim trupie.
Błysk w jego oczach uświadomił mu, że moje zdanie może łatwo stać się rzeczywistością.  Złapał mnie za nadgarstek, a ja wkurzona kopnęłam go w brzuch kolanem. Koleś zdziwiony puścił moją rękę, a ja nie czekając, minęłam go, próbując uciec.

Kilka sekund później poczułam, jakby ktoś wyrwał mi ramię z barku. Złapał mnie za torebkę, którą niewiele myśląc puściłam, a wtedy on podciął mi nogi. Upadłam, a ręce zamortyzowały mój upadek, niestety nie uchroniły mnie przed przejechaniem brodą po krawężniku. Poczułam charakterystyczne szczypanie i chciałam szybko się podnieść, gdy koleś złapał mnie za włosy. Machałam rękoma jak oszalała, ale nie mogłam go dosięgnąć, bo stałam do niego tyłem. Czułam, jakby wyrywał mi połowę włosów wraz z cebulkami i dotarło do mnie, że nie ucieknę, nie dam rady. Przygryzłam wargę, aby się  nie rozpłakać, gdy usłyszałam trzask, a potem upadłam na chodnik wraz z moim oprawcą, uderzając kolanem o twarde podłoże. Poczułam, jak puszcza moje włosy i odwróciłam się zdziwiona, aby zobaczyć, jak Bartek z pływalni szamocze się z tym, który użył wobec mnie siły.
-No uciekaj! – warknął, próbując przycisnąć do ziemi swojego znajomego, który, chwilę później uderzył go w twarz, kiedy wpatrywałam się w nich siedząc nieruchomo na chodniku.
Nie trzeba było mi tego długo powtarzać. Zerwałam się z chodnika, nawet nie patrząc na leżącą nieopodal torebkę, z której wysypała się połowa rzeczy i zaczęłam biec. Czułam ból w kolanie za każdym razem, gdy odbijałam się od podłoża lewą nogą i przeklinałam samą siebie, za to, że tak rzadko biegałam, bo po chwili zabrakło mi tchu. Normalnie wymiękłabym i usiadła, żeby gdzieś odpocząć, ale kiedy masz świadomość, że postój może kosztować cię życie, takie rozwiązanie nie wchodzi w grę.

Biegłam ostatkiem sił jakąś ulicą, nie wiedząc gdzie jestem. Wydawała mi się znajoma, ale nie wiedziałam, czy wrażenie nie jest złudne. Dawno tutaj nie byłam. Bałam się obejrzeć za siebie, oczy zaszły mi mgłą i biegłam tak tą ulicą, czując, jak słone łzy spływają mi po brodzie, powodując niemiłosierne ból. Przetarłam po niej dłonią i zobaczyłam krew, ale nie miałam czasu się tym zajmować.

Postanowiłam wbiec do jakiegokolwiek domu i poprosić o pomoc, mając nadzieję, że zostanie mi udzielona, kiedy zaczął mi dzwonić telefon. Rzadko nosiłam go w kieszeni, a dźwięk, który wydał bardzo mnie przestraszył. Czułam, że może mnie zdradzić, ale nie miałam jak go wyłączyć podczas biegu. Wbiegłam w jedną z bram czując, że nie jestem już w stanie dalej biec- płuca mi płonęły z każdym płytkim oddechem. 
Kiedy zastukałam do drzwi domu, który wybrałam podświadomie, zauważyłam, że już tu byłam. Wrażenie mnie nie myliło, miałam tylko nadzieję, że ktoś mi otworzy. Odwracałam się niespokojnie, bojąc się, że koleś rozprawił się już z tym, który ostatecznie mi pomógł i zaraz dopadnie mnie. Zaczęłam trząść się jak osika na wietrze i planowałam już uciec do innego domu, gdy drzwi przede mną otworzyły się i stanęła w nich kobieta.
Uśmiech zniknął z jej twarzy, gdy zobaczyła, w jakim jestem stanie.
-Boże Święty. – wciągnęła mnie do pokoju. – Co ci się stało?
Weszłam z nią w głąb mieszkania, spoglądając po drodze w lustro, które przedstawiało okropny widok. 
Krew z brody kapała mi na bluzkę, a oczy były czerwone i napuchnięte od płaczu. Telefon znów mi zadzwonił, ale zignorowałam go. Do przedpokoju wbiegła dwójka dzieci wraz z ich ojcem, a wszyscy popatrzyli na mnie zdziwieni.
-Ala, jasna cholera, co ci się stało? – powiedział Igła, a potem zaprowadził mnie do kuchni, gdzie jego żona pomogła mi umyć twarz, a potem zabandażowała mi brodę. Na całe szczęście na krawężniku zostawiłam tylko trochę skóry, choć wyglądało do dramatycznie.

Nim się obejrzałam, przede mną na stole pojawiły się herbata, paczka chusteczek, a ja sama zostałam okryta kocem. Dzieci poszły spać poganiane przez ich matkę, ale Igła siedział obok mnie i delikatnie wypytywał co mnie spotkało. Opowiedziałam mu wszystko, a po opanowaniu choć trochę płaczu, zasugerowałam się jego podpowiedzią i postanowiłam zadzwonić do kogoś z bliskich mi osób. Nie wybrałam Miśki, ani Zośki, choć ich numery pojawiły się na moim wyświetlaczu w postaci połączeń nieodebranych, ale numer Bartka.

Kiedy w słuchawce usłyszałam jego głos, ponownie rozryczałam się, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Igła wziął ode mnie telefon, a ja sama zostałam pokierowana na kanapę w salonie, na której usnęłam szybko, z niemałą pomocą tabletek nasennych.
*

Jest i rozdział 28. Rozpoczynamy wielkie odliczanie. Jeszcze jeden normalny post i pora na epilog.
Wciąż nie mogę uwierzyć, że to już koniec.

Weekend zaczął się wielką parą, więc staram się nadrobić zaległości w czytaniu i komentowaniu. Może mi się uda. ;) Dzięki Bogu, że koniec opowiadania wypada akurat po weekendzie, będę mogła dopracować te ostatnie dwa rozdziały.

Wczoraj zakupiłam sobie Bravo Sport i tym oto sposobem na mej malinowej ścianie obok Kubiaka, Bartmana, Możdżonka i Wlazłego zawiśnie i Kurek. :)

Czujecie, że do końca roku szkolnego po tym weekendzie będzie już mniej niż miesiąc? :>

W piątek wybieram się na koncert charytatywny Fairytaleshow, jeśli ktoś z Was oglądał tegoroczną edycję Must Be The Music, to pewnie ich kojarzycie. :) Zapowiada się bosko.

Naszła mnie taka myśl - czasami zgadujecie jakie mam zamiary jeśli chodzi o kolejne rozdziały. Pierwszą osobą, która zgadła dobrze kim był kolega paskudnego typa i zarazem autorem pierwszego komentarza była Natalia. :> Patrz, nie dość, że pierwsza skomentowałaś, to jeszcze pierwsza zgadłaś. Przesyłam ci wirtualne trofeum Proroka Rozdziału. ;) Wiele z Was także dobrze podejrzewała, że będzie chodzić o kolegę z pływalni, co spowodowało, że pomyślałam, czy nie jestem zbyt przewidywalna. ;)

Wracając do meritum sprawy - gdybyście miały spróbować zgadnąć, kogo wybiorę na bohatera kolejnego opowiadania ( bo jest on już wybrany), to kogo byście obstawiały? 
:)

Jestem ciekawa, ile osób odpowie dobrze i kto zgarnie kolejne trofeum dla Proroka. ;)

wtorek, 28 maja 2013

XXVII

,,Kochać jest łat­wo. To, można po­wie­dzieć, jak z sa­mocho­dem: wys­tar­czy włączyć sil­nik, do­dać ga­zu i wyz­naczyć so­bie cel podróży. Ale być kochaną to tak jak prze­jażdżka z kimś in­nym, je­go sa­mocho­dem. Na­wet, jeśli uważasz te­go ko­goś za dob­re­go kierowcę, zaw­sze po­zos­ta­je ten pod­skórny strach, że może się po­mylić, a wte­dy w ułam­ku se­kun­dy wys­trze­licie obo­je przez przed­nią szybę na spot­ka­nie śmier­ci. Być kochaną może oz­naczać naj­większy koszmar. Bo miłość to re­zyg­nacja z pa­nowa­nia nad włas­nym lo­sem. A co się sta­nie, jeśli w połowie dro­gi pos­ta­nowisz zawrócić al­bo skręcić w bok, a nie masz na to ja­ko pa­sażer żad­ne­go wpływu?''

Jonathan Carroll, ,,Kości księżyca''


Następne dwa dni były dla mnie męczarnią. Nie dlatego, że Londyn i okolice mi się nie podobały, po prostu atmosfera się nie kleiła. Czułam się źle, ponieważ byłam całkowicie zależna od Bartka, choć tego nie chciałam,  a on chyba był na mnie zły za to, że grzebałam mu w telefonie. Faktycznie, nie powinnam była tego robić, ale on sam mógł jakoś inaczej zareagować, niż tylko to zbagatelizować. Traktował mnie z taryfą ulgową i choć nie chciałam się do tego przyznać, wiedziałam, że wypróbowuję granice jego możliwości. Każdy kiedyś traci cierpliwość, a miałam dość tego, że próbuje mnie ze wszystkich sił do siebie przekonać, milcząc wtedy, gdy normalnie porządnie by się na mnie wściekł. Kiedy zarzuciłam mu pewnego rodzaju faworyzowanie, znowu się pokłóciliśmy, tym razem porządniej. Szliśmy ulicami angielskich miast niby razem, a niby osobno.

Nie chciałam, żeby tak to wyglądało. Spoglądając w lustro nie poznawałam już siebie. Czy kiedyś byłabym w stanie wodzić za nos faceta, zmuszając go do płaszczenia się pod moimi nogami? Miałam już 25 lat, a Bartka znałam już od trzech lat, dziwne wydawało mi się, że ten czas tak szybko minął.

Zawsze gardziłam tymi wszystkimi niezdecydowanymi dziewczynkami, które nie wiedziały czego chcą i czuły się nieszczęśliwe, mimo wszystkiego dobrego, co ich otaczało. Kiedy ja sama stałam się jedną z nich? Prawda bardzo mnie zabolała. Mimo swojego wieku nie zrobiłam w życiu nic konkretnego, nadal byłam kimś nic nieznaczącym. Pracowałam w kiosku od dobrych paru miesięcy, marząc tylko o lepszej pracy, ale nie robiąc nic, żeby ją zdobyć. Ktoś kiedyś powiedział, że aby marzenia się spełniły, trzeba im pomóc, muszą też być jak najbardziej realne. Ja od kilku lat żyłam jedynie marząc, biernie czekając na rozwój wypadków.

Zastanawiałam się, dlaczego Bartek nadal się stara, żeby mnie odzyskać. Jeżeli to, co czułam do niego wcześniej było toksyczne, to czy fakt, że nadal biegnie za mną jak pies za swoim właścicielem nie świadczy, że i uczucie, którym on mnie darzy jest równie toksyczne?
Miałam ochotę potrzepać samą sobą. Kiedy człowiek nie był nigdy zdecydowany co do swojego dalszego życia, ciężko jest mu się ogarnąć, bo nie wie jak i gdzie to zacząć. Jedyne, czego byłam pewna, to jedno – nie ma sensu czekać na przysłowiowe jutro, które nigdy nie nadeszło i nie nadejdzie, ale zabrać się za siebie już dziś, teraz.

Wszystkie te przemyślenia naszły mnie, kiedy siedziałam wraz z Bartkiem w terminalu na lotnisku Heathrow. Wpatrywałam się w artykuł świeżo zakupionej angielskiej gazety, nie rozumiejąc go. I nie było to bynajmniej spowodowane barierą językową, po prostu wpatrywałam się w słowa, a ich znaczenie do mnie nie  docierało. Siedzący obok mnie wielkolud także był pogrążony w lekturze. Półleżał na swoim krześle, opierając nogi na tym naprzeciwko i kompletnie nie zwracał na mnie uwagi. Dobrze Bartuś, w końcu dotarło do ciebie, jak powinieneś mnie traktować.

W tej chwili dotarła do mnie jeszcze jedna ważna rzecz. To co robiłam ze swoim życiem to jedno, ale to, że moje decyzje, albo ich brak wpływa na życie siedzącego obok mnie faceta… Mogłam zniszczyć swoje życie, ale nie jego.
Jeszcze z tą myślą zamknęłam gazetę i schowałam ją do torby, a potem zerknęłam na pogrążonego w lekturze Bartka.
-Możemy porozmawiać? – zapytałam, a on w odpowiedzi zmarszczył tylko brwi, nie odrywając wzroku od czytanej gazety.
-Poczekaj, muszę dokończyć.
Spoglądałam na jego twarz, niecierpliwiąc się i wybijając stopą jakiś nieokreślony rytm. Po chwili moją uwagę przykuły jego oczy. Które bynajmniej się nie ruszały. Przygryzłam wargę i zrezygnowałam z wyrwania mu gazety, choć miałam na to ogromną ochotę. Zasłużyłam sobie na ignorowanie mnie.
-W takim tempie to się zestarzejemy, zanim porozmawiamy. – westchnęłam, ale on nie zareagował.
Masz, co chciałaś Ala. Odwróciłam twarz, nie chcąc uporczywie wpatrywać się, jak nadal udaje zajętego, bo jego szorstkość mnie zabolała. Teraz wiedziałam jak on czuł się, kiedy starałam się go ignorować i zrobiło mi się głupio.
Wsiedliśmy do samolotu, a ja widząc, że unika mojego wzroku, zastanawiałam się, co będę robić podczas lotu. Jakby czytając w moich myślach podał mi swój telefon , a ja założyłam słuchawki i włączyłam pierwszą lepszą play listę. Słuchałam muzyki z zamkniętymi oczami i chyba musiałam usnąć, bo kiedy otworzyłam oczy Bartek trzymał w ręce swój telefon, a ludzie szykowali się do lądowania.
Gdy wyszliśmy z budynku rzeszowskiego lotniska na Jasionce, nadal nic nie mówił. Czyli tak miało się to skończyć? Mieliśmy pożegnać się, a on miał wrócić do Bełchatowa i pewnie już nigdy do mnie nie przyjechać?
Podeszliśmy do jego auta, ale ja nie miałam zamiaru do niego wsiadać, a on chyba to zauważył.
-Nie musisz mnie podwozić, trafię do domu sama.
Pokiwał głową ze zrozumieniem, lekko zaskoczony i otworzył sobie drzwi od strony kierowcy. Świetnie. Teraz to mi przyszło się przed nim płaszczyć. Wsiadłam na siedzenie pasażera, choć nie miałam takiego zamiaru, próbując go zatrzymać.
-A ty nie wracasz do domu sama?
-Wracam, chcę tylko z Tobą pogadać.
-Acha. – przeciągnął ten wyraz. – W takim razie o czym chcesz pogadać?
Myślałam, że nigdy nie przejdzie mi to przez gardło.
-Przepraszam.
Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Byłam i jestem okropna. Zrozumiem, jeżeli teraz wyjedziesz i już nigdy więcej się nie zobaczymy.
Czułam, że w moich oczach zbierają się łzy. Nie chciałam, żeby powiedział, że ma taki zamiar i wróci do siebie, szukając sobie kogoś normalnego, bo ja z całą pewnością taka nie byłam. Zanim się totalnie rozsypałam, powiedziałam cicho:
-Daj nam tydzień. Nie dzwoń, nie pisz. Może bez wpływu na siebie nawzajem będziemy mogli podjąć odpowiednią decyzję.
-A gdybyś miała podjąć ją teraz? – odezwał się, patrząc na mnie swoimi jasnymi oczami.
-Rozum podpowiada mi, że gdybym do ciebie wróciła, zrobiłabym ci tylko krzywdę, bo zasługujesz na kogoś kto ma życie i nie boi się być sobą.
Nie patrząc na niego otworzyłam drzwi, a zamykając je dopowiedziałam:
-Ale serce kazałoby mi do ciebie wrócić i to właśnie niego bym się w tej chwili posłuchała.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam szybko, klucząc między innymi autami, próbując zniknąć. Nie chciałam, żeby pod wpływem moich słów zaraz podjechał do mnie i powiedział, że wszystko już dobrze i zawsze będziemy razem, bo jego decyzja musiała być dobrze przemyślana.

Złapałam autobus.  Na zewnątrz zrobiło się już ciemno, mimo wczesnej pory, a chmury były tak gęste, że na niebie nie  było ani jednej gwiazdy. Siedząc przy oknie spoglądałam przez szybę i mignął mi budynek pływalni – postanowiłam, że pójdę tam następnego dnia po pracy, bo od pewnego czasu jakoś rzadziej tam bywałam, co wypominał mi mój bezimienny kolega z pływalni.
Nim się obejrzałam, autobus zatrzymał się na moim przystanku. Byłam jedyną osobą, która na nim wysiadała, a okolica była praktycznie bezludna, zapewne z pogody okropnej pogody. Wiatr, który wiał dość mocno był wręcz lodowaty i przenikał moją kurtkę, dostatecznie uświadamiając mi, że zima już blisko. Przyspieszyłam, chowając już zdrętwiałe ręce do kieszeni, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w cieplutkim w domu, w wannie wypełnionej gorącą wodą.  Już widziałam zarys mojego bloku, mimowolnie uśmiechając się na jego widok.

Zaczęłam zastanawiać się, czy Miśka lub Zośka zrobiły zakupy, bo byłam potwornie głodna, gdy do moich uszu doszedł pewien głos. A nawet dwa głosy, które szybko się do mnie zbliżały. Postanowiłam udawać, że nie słyszę tych, którzy zapewne mnie miną i znikną w ciemności, kiedy jednak właściciel jednego z głosów pojawił się tuż obok mnie, a ja ujrzałam jego twarz, wiedziałam już, że on z pewnością nie ma w planach tak zwyczajnie mnie minąć.
-Witam koleżankę.
Facet uśmiechnął się w swój przerażający sposób, a do mnie jak na zawołanie wróciła sytuacja z kiosku, z tym małolatem, który tak dochodził się ze mną o paczkę papierosów. Mimowolnie się zatrzymałam, poza tym nie bardzo miałam wybór, bo ten, który wtedy mu pomógł, stanął przede mną, zagradzając mi drogę.
-Dawno się nie widzieliśmy, prawda? Pamiętasz mnie jeszcze? – wciąż szczerzył się do mnie w upiorny sposób.
-Niestety. – odpowiedziałam, patrząc na niego twardo. Serce zaczęło bić mi jak oszalałe, a w głowie pojawiały się setki czarnych scenariuszy. Dlaczego do cholery nie poprosiłam Bartka, żeby mnie podwiózł? Miałam nadzieję, że nie trzęsę się z przerażenia, a koleś nie zauważy zaniepokojenia w moich oczach. – Przepraszam, ale się spieszę.
Próbowałam go minąć, ale znów zastąpił mi drogę.
-Hej, nie lekceważy się tak znajomych. Porozmawiajmy najpierw. – położył mi rękę na ramieniu.
-Nie będę z Tobą rozmawiać. – warknęłam, strącając jego rękę. W odpowiedzi przygryzł wargę i złapał mnie za nadgarstek, gdy ponownie próbowałam go minąć, ściskając tak mocno, że aż zrobiło mi się słabo.
-Na pewno?
Uśmiechnął się znów, a potem dodał:
-Tyle mówiłem o Tobie swoim znajomym, nie odpuszczę przecież okazji, żeby zapoznać się z jednym z nich.
Zwrócił spojrzenie w inną stronę i zaśmiał się:
-A ty co, stary? Nie strugaj tchórza, przecież ta dziewczyna cię nie zje. Będzie miła, jestem tego pewien.

Czułam, że ręka, za którą mnie trzymał, drętwieje. Odwróciłam się w stronę, w którą kierował spojrzenie, aby zobaczyć kim był właściciel drugiego wcześniej słyszanego głosu, a kiedy facet pojawił się w świetle latarni, zrobiło mi się momentalnie słabo, ale w mojej głowie pojawił się też nikły promyk nadziei. 
*
Uwielbiacie takie zakończenia, wiem. ;) Skoro jednak do końca jeszcze dwa rozdziały i epilog, nie mogłam się powstrzymać. 

Jeśli ktokolwiek nie wie, bo mnie o to nie pytał, to powiem, że z pewnością po tym opowiadaniu zacznę pisać nowe, więc nie zaginę. ;) 

We wtorek czeka mnie pięć lekcji, w tym podwójny niemiecki w zawężonej grupie aż czterech osób jak dobrze pójdzie, bo inne klasy, które zawsze z nami mają, są na wycieczkach. Zapowiada się ubaw. ;) Poza tym mam mieć dwie matmy, choć w planie nie mam ani jednej. Super, dwa dni, a ja już będę miała odhaczone 5 h tego przedmiotu. Dobrze, że to jeden z moich ulubionych. ;) Niedługo matury się skończą i wszystko wróci do normalności, więc będę standardowo kończyć po drugiej każdego dnia.

W ramach nikłego komentarza odautorskiego, postanawiam zasypać was lawiną pytań. ;) Żartuję.
Może głupie pytanie, ale jaki jest wasz ulubiony przedmiot? Albo był, jeśli już jesteście po szkole. ;) 

Jeszcze nigdy się Was chyba o to nie pytałam, ale zapytam:
Jaki jest Wasz ulubiony siatkarz? A którego  najbardziej nie lubicie i dlaczego jest to Zbyszek? ;) Żartuję!
Nie musi być polski, może też być zagraniczny. ;)

,,Ostatnią piosenkę'' już prawie przeczytałam. Brawa dla mnie, czytam ją już ponad tydzień, ale naprawdę nie mam na to czasu, tak samo jak być na bieżąco z Waszymi opowiadaniami, tyle się tego uzbierało. Dobrze, że jedną nogą jesteśmy w długim weekendzie.

Kolejny post oczywiście z czwartek, o 11. Skoro to wolny dzień, to dodam go wcześniej, bo będę miała kiedy go napisać.  ;)
Jeśli będę dodawać  co dwa dni, zakończymy opowiadanie 3 czerwca, jeśli dobrze liczę.

Trzymajcie się i dotrwajcie do tego utęsknionego weekendu. :)

niedziela, 26 maja 2013

XXVI

,,Gdy poczujesz moje ciepło,
Spójrz mi w oczy,
Tam kryją się me demony,
To tam kryją się me demony.
Nie zbliżaj się zbytnio,
Wewnątrz panuje mrok.
Tam kryją się me demony.''


Imagine Dragons - Demons

Stałam jak głupia wpatrując się raz w podwójne łóżko, raz w twarz Kurka, która bynajmniej nie wyrażała skruchy. Najpierw coca- cola jakiś czas temu, później parasolka i pokój dla dwojga. Kwiaty, drogie prezenty, teraz cała ta wycieczka do Londynu, która zapewne kosztowała nie mało. Poczułam się strasznie tym wszystkim zmęczona. I podirytowana. Naprawdę, zaczęło mi to działać na nerwy.
-Bartek, proszę cię, idź do recepcji i zajmij jakieś dwa osobne pokoje, albo czy ja wiem… taki, żeby były w nim dwa łóżka. – powiedziałam zrezygnowana, patrząc w błękit jego oczu.
W odpowiedzi uśmiechnął się szeroko, nic nie mówiąc.
-Bartek. – wycedziłam, czując jak narasta we mnie gniew. – Zrób coś z tym, bo zetrę ci ten uśmieszek z twarzy.
-Kurczę, od kiedy jesteś taka groźna? – zapytał, wciąż się uśmiechając, jednak już odrobinę mniej.
-Odkąd zacząłeś mnie osaczać ze wszystkich możliwych stron. – odpowiedziałam na jego pytanie maksymalnie już wkurzona. – Musisz taki być? Taki upierdliwy?
-Dobra, mów co chcesz. I tak nigdzie nie pójdę. – powiedział półgębkiem, mijając mnie. Chyba obraził się trochę za to, jak go określiłam, ale żadne spojrzenie pełne żalu by w tej chwili mnie nie uspokoiło.
-To pójdę sama. – warknęłam, mijając go i ruszając w stronę drzwi.
-Nie chcę nic mówić, ale nie masz pieniędzy. – dobiegł mnie jego głos, kiedy łapałam już za klamkę.

Popatrzyłam chwilę na drzwi, licząc do dziesięciu i głęboko oddychając, po czym odwróciłam się wróciłam w głąb pokoju, gdzie zastałam go siedzącego na brzegu łóżka. Jego niebieskie oczy wpatrywały się we mnie, czekając na reakcję.
-Specjalnie to zrobiłeś, co?- machnęłam ręką, wskazując na pomieszczenie. – Ten cały Londyn był po to, żebym nie mogła sama z siebie nic zrobić. Żebym była zależna od ciebie i Twojego widzimisię, tak?
Zdenerwowana krążyłam po pokoju, starając się jakoś uspokoić, a on tylko wodził za mną wzrokiem.
-Wcale nie o to chodziło… - próbował się jakoś wytłumaczyć, ale widząc moje oczekujące spojrzenie najwidoczniej pomyślał, że lepiej mi się bardziej nie narażać i urwał w połowie zdania.
-A o co? Nie powiedziałeś mi, że wylatujemy z kraju. Nie byłam w stanie spakować ciuchów, nawet kasy wymienić. W portfelu mam tylko dwie dychy do diaska! Za to to ja nawet nie wiem, czy by mnie stać kupić tutaj śniadanie było. – przygryzłam wargę. – Wkurzają mnie te Twoje drogie prezenty. Wiesz jak ja się czuję?
Spojrzałam na niego, ale on ciągle milczał.
-Nieważne z resztą jak. Nie jestem jednak dziewczyną na telefon, a ty nigdy nie jesteś i nie będziesz moim sponsorem. – warknęłam.
-To nie tak. Nie chodzi mi o to, żeby cię przekupić, chcę, żebyś zdecydowała sama. Po prostu myślałem, że to cię jakoś do mnie bardziej przekona.
-Sam sobie zaprzeczasz. – skwitowałam krótko jego wypowiedź, a po chwili zastanowienia dodałam:
-Pamiętasz, jak się to wszystko zaczęło? Czy potrzebowałam jakichś drogich wycieczek, prezentów? Wystarczyło mi to, że mogłam z Tobą normalnie pogadać. Ty tymczasem próbujesz przekonać mnie do siebie na siłę, zajmując mi głowę głupotami.
Podniosłam torbę z zakupami, które zrobiliśmy, planując  uciąć tę jednostronną rozmowę i wziąć prysznic.
-Skoro moje prezenty tak ci nie służą, to oddaj mi to. – popatrzył się na mnie z powagą w oczach, wyciągając ręce.
Zatrzymałam się zmieszana. Zaskoczył mnie, posługując się w pewnym sensie moimi słowami.
-Gdybyś dał mi wcześniej możliwość zabrania odpowiednich, potrzebnych mi rzeczy z domu, mógłbyś być pewien, że z chęcią bym ci to oddała.
-Czyli zamierzasz przebrać się w piżamę kupioną za moje pieniądze, umyć się żelem pod prysznic, który kupiłem za moje pieniądze, użyć szamponu, szczoteczki kupionych za moje pieniądze, a jutro ubrać ciuchy, za które także ja zapłaciłem? – zapytał, próbując zachować śmiertelną powagę.
-Nie drwij ze mnie. – mruknęłam, czując, że płoną mi policzki. Podszedł do mnie, ale go minęłam, nawet na niego nie patrząc i zamknęłam się w łazience.
Kurczę. Ten koleś z jednej strony tak mi wkurzał, a z drugiej… Z drugiej strony bawił mnie, przyciągał do siebie całą swoją osobą.

Wzięłam szybki prysznic, sceptycznie patrząc na rzeczy ,,kupione za jego pieniądze’’ i stanęłam przed lustrem. Myjąc zęby spoglądałam na swoje odbicie i zastanawiałam się, co tak naprawdę mam zrobić. Nie wiedziałam, nadal nie wiedziałam. Ja i moje zdecydowanie. Wydawało mi się, że Bartek jest pewien tego, iż do niego wrócę i z czystej przekory od razu, już teraz chciałam mu powiedzieć, że nic z tego. W moim życiu jednak nie było nikogo, do kogo żywiłabym bardziej niż przyjacielskie stosunki, oprócz niego. To, że kiedyś tak go kochałam, iż wydawało mi się, że życie bez niego nie ma sensu, nie mogło tak po prostu wyparować, czy tego chciałam, czy nie. Mimo wielu myśli, którymi chciałam przekonać samą siebie, że to już nie ma sensu, że wkurza mnie niemiłosiernie, że jest dupkiem największego formatu… Nie mogłam tego zniszczyć.

Zrezygnowana wyszłam do pokoju z wilgotnymi włosami, mijając w drzwiach Kurka, który zamykając się w łazience zawołał:
-Droga wolna, klucz w drzwiach, możesz uciekać.
Prychnęłam cicho i położyłam się na łóżku, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wieczorem zawsze słuchałam muzyki, ale nie wiedziałam, że wypad z Bartkiem zakończy się na weekendzie spędzonym poza domem, więc nie wzięłam swojego odtwarzacza. Napisałam Miśce smsa, żeby się nie martwiła, kiedy nie wrócę i rozejrzałam się po pomieszczeniu, dostrzegając to, czego szukałam. Podniosłam się z łóżka i zaczęłam grzebać w torbie Bartka, a potem dorwałam jego telefon i komplet słuchawek. Zerkając na drzwi i słuchając jakieś piosenki, którą pierwszy raz w życiu słyszałam, zaczęłam przegrzebywać jego wiadomości. W tej chwili chciałam przyznać mu wielki plus za to, że ich nie kasuje. Lista połączeń, skrzynka odbiorcza, elementy wysyłane… Natalii nie było.
-Dobrze się bawisz? – usłyszałam nagle nad swoim uchem, aż podskoczyłam. Kurczę, tak się zajęłam szperaniem w jego telefonie, że zapomniałam, iż muszę pilnować, żeby mnie na tym nie przyłapał. – Piosenki mam chyba w innym folderze.

Zrobiło mi się tak głupio, że wyciągnęłam słuchawki z uszu i oddałam mu je razem z telefonem, bez spoglądania mu w oczy. Przymknęłam oczy, obracając się do niego plecami i kładąc się na poduszce i podkulając nogi. Zalała mnie fala nie tylko wstydu, ale i smutku. Podczas przegrzebywania jego telefonu przypomniałam sobie znowu to wszystko, tą całą akcję z rozstaniem i te puste dni pozbawione sensu, kiedy musiałam udawać, że wszystko ze mną w porządku, choć nie było. Nie chciałam do tego wracać. Nie chciałam znów nie mieć żadnych planów na przyszłość, nie mieć o kim myśleć i z kim wyobrażać sobie przyszłości. I choć wiedziałam, że na świecie jest wielu facetów, to czy mogłam choć pomyśleć, że za mną siedzi ktoś inny niż Bartek? Nigdy nie byłam zbyt ufna wobec ludzi, ale jeśli już się przed kimś otworzyłam, to przywiązywałam się jak jakiś szczeniak i nawet jeśli chciałabym to zmienić, nie byłam w stanie.

-Przepraszam, chciałam tylko sprawdzić. – powiedziałam cicho, przypatrując się bardzo interesującej ścianie naprzeciwko.
-Mogłem robić różne rzeczy, ale obiecuję ci, że już cię nie okłamię. Na pewno nie w takiej sprawie. – usłyszałam za plecami. Usłyszałam kroki, a kiedy ponownie otworzyłam oczy, w pokoju było ciemno. Łóżko zatrzeszczało, oznajmiając mi, że ten dwumetrowy koleś pachnący orzeźwiająco jakimś żelem pod prysznic, położył się obok mnie. – Ona to naprawdę zamknięty rozdział.
-Bartek, powiedz mi, po ci taka ja?- powiedziałam, przełykając głośno ślinę. Ciemność, która nas otoczyła skłoniła mi do wypowiedzenia głośno tego, co mi leżało na wątrobie. – Mógłbyś mieć każdą, lepszą.
-Ala, nie mów tak. – poczułam jego rękę na swoim ramieniu, a chwilę później przysunął się do mnie, obejmując mnie delikatnie. Oddychał powoli, a powietrze, które wydychał łaskotało mnie w szyję.
-Ale to prawda. Nie wiesz, co siedziało w mojej głowie, kiedy mnie zostawiłeś.
-To mi opowiedz. – szepnął, a ja odwróciłam się, wpatrując w jego twarz ledwo widoczną w półmroku.
-Wszystko straciło sens. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobię i sama nienawidziłam siebie, że to co do ciebie czuję jest tak silne, przez to przez głowę przechodziły mi głupie myśli. Miałam nawet zamiar popływać w Wisłoku. – powiedziałam szczerze, chwilę później tego żałując. Bartek poderwał się, zapalił lampkę stojącą przy łóżku i spojrzał na  mnie z kamienną twarzą.
-Żartujesz. – spojrzał na mnie z nadzieją w oczach. – Nie. Nie powiesz mi chyba, że chciałaś się zabić.
-Mówiłam, że do głowy przychodziły mi głupie rzeczy.
Wyglądał, jakby dostał ode mnie w twarz. Tak z kilka razy.
-Ala… - westchnął, ale mu przerwałam.
-Powiedz mi, czy chcesz być z jakąś wariatką, która z żalu myślała zachować się jak Werter czy inny bohater romantyczny i skończyć ze sobą? – podniosłam się i teraz siedzieliśmy kawałek od siebie, mierząc się spojrzeniami. – Masz okazję. Odstaw mnie jutro do domu, zmień numer telefonu, a ja obiecam ci, że nie wpadnie mi już do głowy pomysł nałykania się tabletek czy czegoś w tym rodzaju.
-Nie mów tak.

Zgasiłam lampkę i położyłam się ponownie plecami do niego. Kiedy próbował mnie przytulić, choć tego chciałam, odepchnęłam jego rękę.
-Trzymaj się swojej połowy łóżka, albo będziesz spać na podłodze. Już się o to postaram.
Powoli przysypiałam, kiedy do głowy przyszła mi jeszcze jedna myśl, którą chciałam podzielić się z nim w tej godzinie szczerości.
-Chociaż moje życie jest teraz tak pogmatwane jak nigdy dotąd, chyba nie żałuję tego wszystkiego. Przynajmniej kiedyś tam będę miała co wspominać.
-Brałaś coś?
-To przez ciebie Bartek. Nie wiem co z Tobą zrobić, dlatego jestem blisko sfiksowania. Człowiek myśli, że już wszystko wie, a wtedy pojawiasz się ty i znowu mam mętlik w głowie. - szepnęłam. - Po prostu gdy pomyślę, że miałabym przejść przez to wszystko raz jeszcze, uwierzyć ci, żebyś zaraz podciął mi skrzydła, to nie wiem czy warto.
-Warto. - wypowiedział cicho tylko to jedno słowo, choć miałam nadzieję, że albo nie powie nic, albo powie znaczeniw więcej.

Włożyłam rękę pod poduszkę, modląc się, żeby ten cały pobyt w Londynie skończył się jak najszybciej. Żeby to wszystko, nawet to głupie życie, jakie starałam się jakoś przeżyć, się skończyło.

*
Cały czas starałam się przechandlować gdzieś tę piosenkę i wreszcie się udało. :>

Spotkanie w Miliczu wygrane. Dopóki nasi siatkarze nie weszli na boisku, nie zdawałam sobie sprawę, że aż tak mi tego wszystkiego brakowało. 

Zmartwiła mnie trochę liczba komentarzy pod poprzednim postem. Chciałam napisać coś konkretnego w tym komentarzu odautorskim, ale nie mam co powiedzieć. Człowiek jak siedzi w domu to nic mu do głowy nie przychodzi.
Rozmawiajcie ze mną! ;)
Chciałabym wiedzieć, że ktoś razem ze mną czeka na koniec tego opowiadania i mam po co pisać te ostatnie rozdziały. ;)

Całe szczęście tylko trzy dni szkoły i wolne.
Kto ma jutro cztery lekcje, w tym trzy matmy i fizykę? ♥

piątek, 24 maja 2013

XXV

,,Dotykanie go było jak uświadomienie sobie, że wszystko
Czego kiedykolwiek pragnęłaś, jest tuż przed tobą
Poznawanie go było tak proste jak spamiętanie
Wszystkich słów swojej starej ulubionej piosenki
Kłótnie z nim były jak próba rozwiązania krzyżówki i
Zdanie sobie sprawy, że nie istnieje prawidłowa odpowiedź
Żałowanie bycia z nim było jak pragnienie
By nigdy nie odkryć, że miłość może być tak silna''

Taylor Swift- Red


-Miśka, nie mam zamiaru za Tobą biegać i przepraszać cię za Bóg wie co. - mruknęłam, kiedy po raz kolejny zderzyłam się z nią w przedpokoju, a ona nie zaszczyciła mnie ani jednym spojrzeniem. - Gadaj jak do ściany.
Moja uwaga spowodowała, że wreszcie stanęłyśmy twarzą w twarz. Jej szare oczy spojrzały na mnie.
-Słuchaj, może ty tego nie widzisz, ale ten pajac znowu to robi. Owija cię wokół palca. Przyjedzie do ciebie raz w tygodniu, wyśle słodkiego smsa, a ty tak po prostu polecisz na spotkanie, choć jeszcze do niedawna chodziłaś jak struta. Myślisz, że nie widziałyśmy? Masz nas za idiotki? - powiedziała oburzona, po czym położyła swoje dłonie na moich ramionach. - Ala, to Twoje życie. Wiesz dobrze, że kiedy cię zostawił, próbowałaś się trzymać, ale niekoniecznie ci to wychodziło. Wspomniałaś kiedyś, że gdy znowu się spotkaliście, wtedy gdy się na niego rzuciłaś, dobrze wiedział, co jest z Tobą grane. Dlaczego więc my, które użyczałyśmy ci ramię do płaczu, miałybyśmy nie wiedzieć, jak było z Tobą źle? Zośka prosiła mi, żebym nic na ten temat nie mówiła, bo nie chciałyśmy cię pogrążać jeszcze bardziej.
Spojrzałam na nią zdziwiona i wyminęłam, udając się do pokoju, a ona porzuciła pierwotny zamiar wyjścia z domu i ruszyła za mną.
-Jak to szło? Ach tak. ,,Nie kopie się leżącego.'' - powiedziała sucho, kiedy ja oparłam głowę na poduszce leżącej na kanapie i przymknęłam oczy.
W pewnym sensie już żałowałam, że pociągnęłam ją za język, bo niekoniecznie chciałam słuchać tego wszystkiego. Zdziwiło mnie tylko to, że dokładnie wiedziały, iż po rozstaniu z Bartkiem tylko udawałam, że dzielnie się trzymam i nic nie powiedziały, aż do teraz. Jakim cudem w ogóle subtelna Zośka dała radę utrzymać w ryzach wściekłą, gwałtowną Miśkę, przed powiedzeniem mi paru słów wcześniej?
-Słuchaj Ala. Ja wiem, że to jest Twoje życie, że człowiek uczy się na swoich błędach... Ale ten koleś totalnie mnie wkurza. Straciłam do niego szacunek, kiedy tylko rzucił cię, zatajając przyczynę.
-Wiem, że zrobił źle, tak? Ale mogło być gorzej. Chciał być wobec mnie uczciwy  i nie kręcił za moimi plecami ze swoją byłą, bo nie chciał mnie zdradzić. Może nie ma sensu tak go skreślać. - zaczęłam jak adwokat bronić nie tylko Bartka, ale i siebie, bo to, że godzę się na ciąganie mnie po mieście już od dobrych paru tygodni w jego towarzystwie, sprawiało, że czułam się trochę winna stojąc twarzą w twarz z jedyną osobą z mojego otoczenia, która nie bała się powiedzieć mi co myśli. Miśka starała się być wobec mnie szczera, nie ważne, czy bolało, czy nie. Nie musiała się nawet starać, po prostu taka już była.
-Poza tym. - ciągnęłam, uprzedzając ją, zanim ponownie otworzyła usta. - Jeśli masz coś do tego, że później tak nagle chciał do mnie wrócić, to przypomnij sobie, że to wcale nie jest tak łatwe. Nie pamiętasz już jak Ty zostawiłaś tego... Karola?
-Kamila. - przerwała mi z naburmuszoną miną, piorunując mnie wzorkiem.
-To Kamila. Zostawiłaś go, bo spodobał ci się jakiś inny, a później kręciłaś się wokół niego, żeby tylko ci przebaczył. - dopowiedziałam niestrudzona i bynajmniej nie przestraszona jej wyrazem twarzy, kończąc z odrobinę triumfującym uśmiechem.
-Nienawidzę cię. - powiedziała, rzucając we mnie poduszką. - To było co innego.
-Może niektóre elementy się różnią, ale główny schemat jest ten sam. Nie pamiętasz, jak długo się zastanawiałaś, w jaki sposób oznajmić mu, że chcesz do niego wrócić, a potem stwierdziłaś, że lepiej zrobić to prosto z mostu?
Nie odpowiedziała, patrząc na mnie spod byka.
-Masz Bartkowi coś jeszcze do zarzucenia? - spojrzałam na nią, a ona wbiła wzrok w swoje paznokcie. Widok skruchy na jej twarzy był czymś aż tak niespotykanym, że przetarłam oczy. - Miśka, nie chcę, żeby ktokolwiek stanął między mną a Tobą, Zośką czy Pawłem. Jesteście moimi przyjaciółmi, wasze zdanie jest dla mnie ważne, ale każdy powinien sam przeżyć życie po swojemu, dajcie mi też spróbować. Może do tej pory żyłam pod waszym kloszem, bo myśleliście, że nie dam sobie rady, ale nie róbcie już ze mnie więcej takiej niemoty. Ja chyba już przestałam uważać się za kompletną ciamajdę.
Podeszłam do fotela na którym siedziała i przytuliłam się do niej, a ona objęła mnie, a później lekko klepnęła w plecy.
-Nadal go nienawidzę i boję się, co tam w Twojej głowie zakiełkowało, ale jedno muszę przyznać. Pomógł ci wyjść ze swojej skorupy i chyba to jedyna rzecz, za którą go cenię. Ewentualnie można dodać jeszcze zdobywanie różnych nagród na konto Polski w okresie reprezentacyjnym, ale to już mniej się dla mnie liczy. -mruknęła w moje ramię, a potem dodała: - Ale niech ja zobaczę go na tej kanapie jak wrócę pewnego dnia z pracy, to gwarantuję ci, że karierę sportowca zakończy w kilka sekund.
-Jeśli kiedykolwiek dojdzie do tego, że przekroczy nasz próg ponownie, to pochowam wszystkie noże i wyciągnę klamki z okien. - mrugnęłam, a potem każda z nas zabrała się do roboty i zajęła własnymi sprawami, jakbyśmy chwilę wcześniej nie przeprowadziły jednej z najważniejszych rozmów dla naszej przyjaźni. Od weekendu, kiedy Bartek przyjechał do mnie po raz pierwszy od tak dawna, minęło już kilka tygodni. Czy dziewczyny i ja tego chciałyśmy, co tydzień lub dwa nam się narzucał, a ja musiałam przyznać się sama przed sobą, że powoli znów zaczynam się do niego przywiązywać.
Patrząc z innej strony, ja nigdy tego przywiązania do niego chyba nie straciłam. Zawsze był dla mnie jedną z najważniejszych osób w moim życiu, zarówno przed jak i po rozstaniu. Po prostu wraz z jego pojawieniem moje życie tak się zmieniło, ja sama zaczęłam postrzegać siebie i ludzi wokół całkiem inaczej. W jego towarzystwie znów zaczynałam czuć się dobrze, a jego narzucanie się powoli przestało mi przeszkadzać. Sama nie wiedziałam, co z tym fantem zrobię, ale wydawało mi się, że nie dam już sobie w kaszę dmuchać. Coraz częściej przez moje myśli przewijała się jedna z nich, ale nadal uparcie ją odtrącałam, sęk w tym, że upór ten był coraz słabszy. Wystarczyło, żebym w środku tygodnia przekonała samą siebie do tego, że między i mną a Bartkiem nie powinno już nic się wydarzyć, przyjeżdżał ze swoim radosnym spojrzeniem w sobotę i z łatwością deptał moje postanowienia. Nadal byliśmy w sferze czysto przyjacielskiej, jeśli tak można to nazwać, ale czułam, że niedługo Bartek zacznie coś kombinować, bo i teraz podejrzanie się do mnie kleił.Poza tym raz czy dwa wysłał do mnie Kosę czy Pita z bukietem kwiatów, co wywołało u mnie gwałtowny atak śmiechu. Może i miły gest, ale przekupić się czymś takim na pewno nie dam.

Było piątkowe popołudnie. Jesień niedługo miała ustąpić zimie, na dworze zrobiło się szaro i brzydko. Miałam zabrać się za czytanie książki, która jeszcze pachniała nowością, dlatego uzbrojona w jabłko ruszyłam do swojego pokoju przez przedpokój. Gdy przekraczałam próg mojej sypialni, ktoś zadzwonił dzwonkiem. Zdziwiona odwróciłam się na pięcie i uprzedziłam Miśkę, która już szła do drzwi wejściowych i zatrzymała się w przedpokoju, patrząc na mnie z ciekawością w oczach. Żadna z nas chyba nikogo się nie spodziewała, a Zośka wybyła gdzieś ze swoim chłopakiem. Otworzyłam drzwi, a moim oczom ukazał się pajac we własnej osobie.
-A ty co tu robisz. Piątek dzisiaj. - powiedziałam szczerze zdziwiona.
-A niespodziankę ci chciałem zrobić. - odpowiedział, zerkając na stojącą kawałek za mną Miśkę.
-Może bym się zlitowała i cię wpuściła, ale nie ręczę za tą pod ścianą. - rzuciłam w jego stronę, wciąż trzymając go na korytarzu. Zrezygnowany oparł się o futrynę i zaśmiał się cicho.
-Chyba sam bym nie zaryzykował. Ta kobieta ma zadatki na mordercę. - powiedział, rozbawionym spojrzeniem spoglądając na czerwonowłosą, która odwróciła się z westchnieniem i zniknęła w swoim pokoju. Kiedy zostaliśmy sami, wepchnął się do przedpokoju i zamknął drzwi, choć dla żartu się z nim siłowałam. Patrząc jednak na różnicę masy i wzrostu, z góry wiedziałam, że nie mam szans.
-Porywam cię.
-Znowu? - westchnęłam już bojąc się, gdzie się wybieramy. Jak zwykle nie chciał mi nic powiedzieć. Ostatnim razem jednak nie było mi wcale zabawnie, kiedy  zabrał mnie do wesołego miasteczka na kolejkę górską. W odwecie pociągnęłam go na młyn i szeroko uśmiechnięta spoglądałam, jak robi się zielony na twarzy, im wyżej się unosiliśmy wraz z wagonikiem. Taki duży,a tak boi się wysokości. - A powiesz mi chociaż, dokąd? Zabrać coś mam?
-Nie, chyba niewiele ci potrzeba. Dokumenty tylko weź.
Zmarszczyłam brwi, ale nie wnikałam. Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej byłam zdziwiona, tym bardziej, kiedy zatrzymaliśmy się przed charakterystycznym budynkiem.
-Nieee. Porwać mnie chcesz i wywieźć z kraju? - zapytałam, gdy ciągnął mnie przez ogromny hol lotniska.
-Coś w tym stylu. - odpowiedział.
-Przecież ty nienawidzisz latać.- stwierdziłam, kiedy zapięliśmy pasy w samolocie.
-Nienawidzę, ale cel uświęca środki. Nie będę chyba żałował. - mrugnął do mnie, a potem zamilkliśmy, a ja z zaciekawieniem patrzyłam jak zamyka oczy, podczas gdy maszyna startowała.
-Wiesz, że nawet małe dzieci nie boją się latania? - nie mogłam się powstrzymać przed odrobiną złośliwości. - Nie chciałeś miejsca przy oknie może?
-Takie małe, a takie wredne. Zaczynam wątpić, czy dobrze postępuję, próbując do ciebie wrócić. - mruknął, nie patrząc na mnie, ale wiedziałam, że mówi to, żeby mi dokuczyć.

Wysiedliśmy na lotnisku w Londynie, a ja z zaciekawieniem rozglądałam się wokół, idąc ramię w ramię z odzyskującym kolory na twarzy Bartkiem. Wszyscy wokół mówili w innym języku i było to dla mnie dziwne doświadczenie, bo zagranicą byłam kiedyś raz czy dwa z rodzicami, kiedy jeszcze nie potrafiłam się porozumieć z obcokrajowcami, bo nie znałam angielskiego. Ponieważ na zewnątrz padało, Bartek zakupił parasolkę. Jedną parasolkę. Spojrzałam na niego sceptycznie.
-Na dwie bluzki za ponad sto złotych nie szczędziłeś pieniędzy, a kilka funtów na parasolkę dla mnie ci szkoda?
-Wiem, kiedy oszczędność popłaca. - mrugnął do mnie szeroko uśmiechnięty, a potem zachęcająco wystawił mi swoje ramię. Przewróciłam oczami, chwilę rozważając, czy jest sens moknąć, ale ponieważ deszczyk zamienił się w ulewę, złapałam go pod ramię i chcąc nie chcąc, przytuliłam się do niego.
-Ciepło, sucho i przyjemnie. -skomentował.
-Szkoda, że nie powiedziałeś mi, żebym sobie piżamę czy coś zabrała. - westchnęłam. - Bo rozumiem, że dzisiaj do domu nie wrócimy?
-Nie. - uśmiechnął się szeroko. - Chodź, to ci kupię co tam chcesz.
-Głupio mi tak, że za wszystko płacisz. Przecież to musiało kosztować fortunę. - powiedziałam, mając na myśli cały wyjazd do Londynu.
-Eee tam, oszczędzę gdzie indziej. - mrugnął do mnie, a ja już zaczęłam się zastanawiać, na czym mógłby oszczędzić. - Poza tym nikt nie powiedział, że ponowne zdobycie cię będzie łatwe. I tanie.
-Mógłbyś oszczędzić sobie te bukieciki, z którymi przysyłasz swoich kumpli z rzeszowskiej drużyny.
-Nie lubisz kwiatów? - zapytał zainteresowaniem na twarzy.
-Nic do nich nie mam, ale za każdym razem czuję się, jakbyś chciał mnie przekupić.
-Bo tak właśnie jest. - odpowiedział, a ja dźgnęłam go w żebra.
Wsiedliśmy do taksówki, która zawiozła nas na ulicę pełną sklepów. Nigdy do tej pory nie byłam w Londynie, więc nie bardzo się na nim znałam.
-Wiesz co mi się najbardziej podoba? - zapytał, kiedy już skończyliśmy zakupy. Spojrzałam na niego pytająco.
-Mamy jedną parasolkę, a angielska pogoda jest znana z tego, że... przeważnie tu pada. - zaakcentował końcówkę zdania, szeroko się do mnie uśmiechając, a ja westchnęłam tylko.
-Gdzie teraz idziemy? - zapytałam.
-Do hotelu. Jutro pozwiedzamy sobie miasto i kupimy pamiątki.
-Widzę turysta się z ciebie zrobił, co?- zaśmiałam się.
-Już się było w Londynie nie raz, ale fajnie tu. Pamiątki to dla ciebie, będziesz miała czym później szpanować.
Pokręciłam głową śmiejąc się.
-A do tego zdjęcie z Tobą a w tle Big Ben, które wrzucę na fejsa, żeby innym oko zbielało? - popuściłam wodze wyobraźni idąc jego śladem.
-Z ust mi to wyjęłaś. - powiedział, a potem weszliśmy do eleganckiego hotelu. Stojąc w jego holu w zabłoconych trampkach czułam się totalnie nie na miejscu. Bartek odebrał klucz od naszego pokoju, a potem windą wjechaliśmy na nasze piętro.
-Czyń honory pani domu. - podał mi klucze, a ja otworzyłam drzwi, pomijając jego słowa. Szybko weszłam do środka wypasionego pokoju. Było tu wszystko, ale jak myślałam, brakowało jednej rzeczy.
Jednego łóżka.
-Bartek, zabiję cię. - powiedziałam, wskazując głową na ogromne, podwójne łóżko, które stało w sypialni tego mini apartamentu. On w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko.
*
Od razu powiem, że nie wiem ile stron w Wordzie ma ten rozdział, bo pisałam go w innym programie. ;)
Chyba nie odbiega długością od pozostałych, nie wiem nawet, czy nie wyszedł zbyt długi.

Wczoraj byłam na wycieczce w ZOO. Ale ubaw, nie powiem. :) Szczególnie jak chłopacy zaczęli robić sobie zdjęcia w tych planszach z miejscami na głowę. ;)
Chciałam Wam zarzucić parę zdjęć, ale wyszły jakie wyszły. Poza tym połowa klatek była pusta, bo zwierzęta postanowiły nas olać i schować się w najciemniejszym kącie. Na ich miejscu też bym tak robiła. ;)

Zanim ktoś uprzedzi, oto mój komentarz do zdjęcia u góry: Bo Justyna jak jest w ZOO, to robi tylko zdjęcia tym zwierzętom, które normalnie można zobaczyć za darmochę. Taka już ma logika. ;) 
A co do tego niżej - wyciągnęłam aparat i wszystkie zwierzątka uciekły. Czemu mnie to nie dziwi.
Jak i to poniżej:
Kolega odmówił współpracy. ;)
A tutaj jeszcze zdjęcie małej kózki... Słodka była, to jej fotkę strzeliłam. ;)

A teraz it's giraffe time!
Zacny aparat nie nadążał niestety za szybko poruszającą się szyją żyrafki, więc ze zdjęcia wprost sprzed obiektywu, pozostały te oto dwa, czyli m.in żyrafa bez połowy głowy.









Ale przynajmniej to się udało ♥

A na koniec jeszcze z nosorożcem (?) na uboczu zdjęcie niedalekiej Hali Stulecia. :>



Nasza wychowawczyni przehandlowała tę wycieczkę u dyrektora, wmawiając mu, że będziemy zwiedzać Halę Stulecia i pobliski ogród japoński. Pojechaliśmy też na ,,Wielkiego Gatsby'ego''.



Chyba uda mi się zamknąć akcję w kolejnych pięciu rozdziałach.
Nie chcę się żegnać z Alą i Bartkiem. :< Z resztą też, ale takie życie, że moja rozczochrana nic więcej dla ich historii nie wymyśliła. 

A tak ogólnie... Wiecie, że już jest długo oczekiwany weekend? ♥

wtorek, 21 maja 2013

XXIV



,,Niektórzy mówią, że lepiej mi będzie bez Ciebie''



Adele - He Won't Go



Obudził mnie sms. Wymacałam nieprzytomna telefon gdzieś w pościeli i spod zmrużonych powiek zerknęłam na wyświetlacz.
,,Gdybyś miała czas po pracy, to daj mi znać.’’
Gdy zastanawiałam się, co odpisać, doszedł kolejny.
,,Wiem, gdzie pracujesz. Kosa mi powiedział. I tak mi nie uciekniesz.;)’’
,,Będę się snuł po Rzeszowie aż zamkniesz tą blaszaną budkę.’’
Zaśmiałam się cicho, po przeczytaniu tego smsa. Niewiele myśląc odpisałam mu, w akcie największego miłosierdzia:
,,Tu mnie masz. Tak czy owak, nie idę dzisiaj do roboty cwaniaku. Wezmę dla ciebie wolne.’’
A potem wybrałam numer mojego szefa, mówiąc mu, że coś mi wypadło i nie dam rady przyjść. Trochę powkurzał się do słuchawki z powodu wczesnej pory i powodu mojego telefonu, ale udobruchałam go, obiecując zostać kiedyś po godzinach. Ze szczoteczką w zębach wystukałam na telefonie:
,,Koło McDonalda na deptaku za piętnaście minut. Chyba, że chcesz zginąć z rąk Miśki, to zapraszam pod dom.’’
,,Nie zaryzykuję. ‘’
Związałam włosy w kitkę, po czym wrzuciłam telefon do torby, wciągnęłam na siebie jeansy, jakiś jasny T-shirt i kurtkę. Szybko zasznurowałam buty i wybiegłam z mieszkania.
Powietrze, jakie uderzyło mnie po wyjściu z klatki było rześkie i przyjemne. Liście na drzewach zaczęły zmieniać swoje kolory, a ja napawałam wzrok ich ciepłymi odcieniami. Chwilę później moje myśli wróciły do mojego głównego problemu. Miałam wyrzuty sumienia, że potraktowałam Bartka wczoraj tak chłodno. Sama nie chciałabym nigdy być na jego miejscu, z drugiej strony wiedziałam, że jeśli ma się czegoś nauczyć, to moje zachowanie jest jak najbardziej odpowiednie. Zasłużył sobie na to. Zła i dobra Ala zaczęły wykłócać się w mojej głowie… Istne rozdwojenie jaźni.

Miśka, Zośka i Paweł przedstawili mi swój pogląd na sprawę. O ile Zośka i mój jedyny kumpel byli dość milczący, to ta pierwsza nie szczędziła słów i przekleństw. Według niej, byłabym głupia, gdybym do niego wróciła, ale zrobię jak chcę. To moje życie, ale jeśli znów mnie zrani i zostawi, to czy znowu doczołgam się na ich próg z walizkami? Miśka miałam rację, ale mimo to się pokłóciłyśmy. Jeśli byłam dla niej ciężarem, trzeba było mi to powiedzieć, wróciłabym do domu. Nie chciałam, żeby ktokolwiek wypominał udzieloną mi pomoc. Poczułam się jak jakiś pasożyt, który tylko przeskakuje z żywiciela na żywiciela. Efektem naszej rozmowy było to, że Miśka nie odezwała się do mnie ani słowem, a Zośka chyba milcząco ją popierała. Paweł stwierdził, że nie chce stawać po żadnej stronie i odmówił popierania którejkolwiek z nas, po czym ulotnił się jak tak szybko, jak się pojawił. Jak zwykle zostałam z tym sama, ale spodziewałam się tego. Poza tym, taką decyzję powinnam podjąć ja, a nie ktoś inny, bo w końcu to moje życie i powinnam wiedzieć, jak ma ono wyglądać. I co do Bartka czuję.

Nie rozumiałam go. Może swoim zachowaniem bardziej go zniechęcałam, ale zapowiadanej walki nie dostrzegałam, choćbym i lupą się posłużyła. Wczoraj siedział na moim łóżku jakby totalnie mu nie zależało.
Stanęłam przed McDonaldem, pod którym się umówiliśmy i włożyłam ręce w kieszenie, patrząc przed siebie i zanurzając się w sprzecznych myślach.
*

Już z daleka widziałem jej postać. Nie tylko dlatego, że poznałbym ja prawdopodobnie wszędzie, ale też z powodu, że była jedną z nielicznych w moim polu widzenia, a już na pewno jedyną, która nie spieszyła się i stała w miejscu. Patrzyła się w całkiem inną stronę, postanowiłem więc to wykorzystać. Może pomysł, który zakiełkował w mojej głowie nie był najmądrzejszy, a już na pewno nie na poziomie dwudziestokilkuletniego dojrzałego faceta, którym podobno byłem. Po prostu podszedłem do niej i zakryłem jej twarz rękoma. Drgnęła, a potem delikatnie przyłożyła swoje dłonie do moich, a potem zacisnęła na nich palce i odwróciła się.
-Boże, to ty.
-Nie musisz mnie tak nazywać, naprawdę. – powiedziałem, za co zgromiła mnie wzrokiem, krzywo się uśmiechając. –Wszystko w porządku?
-Wystraszyłeś mnie. – powiedziała, poprawiając torbę, która zsunęła się jej z ramienia.
-Wstępujemy?- zapytałem, wskazując na budynek, pod którym staliśmy. – Co prawda zamierzałem cię gdzieś zabrać, ale na obiad i raczej do lepszego lokalu, ale McDonald też może być. Taniej wyjdzie.
Westchnęła głęboko, posyłając mi rozbawione spojrzenie, a potem otwierając drzwi. Zamówiłem nam po McWrapie i frytkach, oraz jedną dużą coca-colę. Uniosła wysoko brwi, kiedy niosłem zamówienie do stolika, który wybrała.
-Naprawdę? – zapytała, wskazując głową napój.
-Wiesz, nie chcesz, to nie musisz pić. – odpowiedziałem, szeroko się uśmiechając na widok jej krzywej miny.
Zajęliśmy się jedzeniem, które było naprawdę pikantne. Ona jednak z kamienną twarzą zjadła McWrapa bez popitki, kiedy ja ostentacyjne wręcz popijałem sobie gazowany napój.
-Nie wypaliło ci jeszcze przełyku? – zapytała niby neutralnie, wpatrując się w swoje frytki, na co tylko się zaśmiałem. Sam przegryzłem parę frytek i wiedziałem, że są okropnie słone.
-Ale dobra ta cola. – powiedziałem miedzy jednym a drugim łykiem. Ignorowała mnie i już myślałem, że wygrała tą naszą małą bitwę, gdy wyrwała mi kubek z ręki i przyssała się do słomki. – Hej, bo całą wypijesz i nic dla mnie nie zostanie!
Uniosła do góry jedną brew, a potem powiedziała:
-Niestety nie jestem Tobą, nie byłabym w stanie wypić tego wszystkiego. Nawet złośliwie.
Siedzieliśmy w milczeniu, a ona spoglądała za okno. Zmarszczone brwi spowodowały, że zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem coś ją nie trapi. Oprócz mnie rzecz jasna. Nie zdążyłem jej zadać pytania, gdy mi na nie odpowiedziała.
-Pokłóciłam się z dziewczynami.
-O co? – zapytałem zdziwiony, ale gdy posłała mi wymowne spojrzenie, zrozumiałem. – Czyli, że o mnie.
-Normalnie poradziłabym się ciebie, co mam zrobić, ale tym razem nie będziesz obiektywny. Poza tym, co miałabym powiedzieć? Bartek, powiedz mi, czy mam cię olać, czy nie? – uśmiechnęła się krzywo, znów popijając napój.
-Nie olewaj mnie.
Nie odpowiedziała. Kiedy wychodziliśmy, powiedziała znienacka:
-Bartek, proszę cię, bądź taki jak teraz.
Popatrzyłem na nią, nie rozumiejąc.
-Nie chcę, żebyś zachowywał się jak skrzywdzony dzieciak, czy koleś z depresją. Bądź sobą. Możesz mi wierzyć lub nie, ale brakowało mi Twoich docinek.
-W takim razie ty też nie udawaj skrzywdzonego dzieciaka. Wiem, że masz może powód, żeby się na mnie boczyć, ale po prostu nie jesteś typem osoby, która potrzebuje użalania się nad sobą. I uśmiechaj się, bo widzę, że powstrzymujesz się od śmiechu tylko, żebym ja poczuł się gorzej. – mrugnąłem do niej, a potem przeszliśmy się w rzeszowskimi ulicami, po drodze zahaczając o lodziarnię. Tym razem nauczony doświadczeniem kupiłem lody włoskie, bo nie chciałem szarżować z tymi na gałki, żeby miała powód do narzekania. Mój zamiar jednak nie do końca się spełnił, bo tym razem wypadek z lodami w roli głównej miała ona.
-Cholera jasna. – mruknęła pod nosem, kiedy na bluzkę spłynęła jej część roztopionych lodów. – Idę do domu to przebrać.
-Nie jest źle, tak artystycznie wygląda. – próbowałem ja pocieszyć. – Poza tym do domu masz kawał drogi.
Złapałem ją za ramię, kiedy zawracała.
- Za kilka godzin jadę do Bełchatowa, więc zobaczymy się dopiero za tydzień. Nie chcę marnować tego czasu.
-Uskuteczniasz plan : ,,zdobyć Alę’’ rozumiem? – westchnęła, szybko dojadąc resztę lodów i ścierając chusteczką plamę na bluzce.
-Zostaw to, kupię ci nową.
Popatrzyła na mnie zdziwiona, ale zapięła kurtkę, mimo iż było bardzo gorąco i weszliśmy do jednego z butików. Specjalnie wybrała jedną z najdroższych bluzek, próbując mnie sprowokować, widziałem to w jej spojrzeniu. Gdy podeszła z nią do mnie z nikłym uśmieszkiem, popatrzyłem tylko na nią.
-Niech pani da jeszcze tę drugą. – zwróciłem się do ekspedientki, która szybko spełniła moje życzenie. Pokonana Ala weszła do kabiny przymierzalni, a ja stanąłem za kotarą, kątem oka zerkając do jej wnętrza.
-Bo już ci tak zostanie. – powiedziała, kiedy ubierała jedną z nich, nawet na mnie nie spoglądając. Ciepły kolor bluzki pasował jej do karnacji.
-Wyglądasz pięknie. – powiedziałem mimowolnie, na co wypchnęła mnie do kasy.
-Nie musisz mi się tak podlizywać. – westchnęła, kiedy wyszliśmy już ze sklepu. Cały dzień spędziliśmy na zewnątrz, chodząc z miejsca w miejsce, odwiedzając najróżniejsze sklepy i posiadując na ławkach. - Wiesz co, jednak wolałam, jak robiłeś do mnie oczy kota ze Shreka, przynajmniej było to mniej upierdliwe.
-Mogę robić i to i to. - zaśmiałem się, a ona tylko spojrzała na mnie z politowaniem.

Naprawdę nieźle nam się gadało, wydawało mi się nawet, że nie jest już aż tak na mnie zła, jak dzień wcześniej. Co prawda nadal nie była do końca tą Alą, w której się zakochałem, ale dobre i to. Kiedy nadszedł czas mojego wyjazdu, zaprowadziłem ją pod dom. Właśnie odwracała się w stronę klatki, gdy zawołałem za nią:
-Za tydzień też się widzimy.
-A co jak mam inne plany?
-To ja mam być Twoim planem numer jeden.
W odpowiedzi tylko ruszyła zabawnie brwiami, spojrzała na mnie w stylu ,, Taa, jasne’’ otworzyła drzwi do budynku.
-Ja tu cię chcę wyzwolić, żebyś starą panną nie została, gromadkę dzieci wychowała, a ty co?
-Może wolę zostać księżniczką zaklętą w wieży, czekającą na swojego królewicza.Na białym koniu oczywiście, który nie nadejdzie.
-A może być białe Ferrari albo coś w ten deseń?

Pokręciła głową z politowaniem i weszła do wnętrza budynku, znikając z zasięgu mojego wzroku. Pierwszy punkt planu ,,Odzyskać Alę’’ zaliczony. Uśmiechnąłem się do siebie, czując, jak wraca mi pewność siebie i poszedłem do hotelu po bagaże, a potem ruszyłem w drogę.
*
Tym razem pora na mnie. ;) 
Podliczyłam sobie, że rozdziałów wraz z epilogiem powinno być trzydzieści. Pora zwijać żagle. 

Kolejny post pojawi się w piątek. Przykro mi, że to znowu kolejne trzy dni, ale dopóki nie będę miała wystarczającej ilości wolnego czasu, nie dam rady publikować co dwa dni. Wszyscy nauczyciele robią teraz kartkówki, sprawdziany i muszę się przyłożyć, bo od nich zależy moja ocena na koniec roku. :) 
Następny tydzień będzie już lżejszy, więc może powrócę do dodawania co dwa dni.

Uprzedzę : po tym opowiadaniu planuję kolejne. Nie zniknę,nie ma na to szans. ;)

Za sześć tygodni wakacje! ♥

Komentarz nikły, bo proporcjonalny do ilości mojego wolnego czasu. Takie mam zaległości w blogosferze i wszędzie, że aż strach komputer odpalić. Cały weekend mnie w domu nie było, bo jak nie na dworze, to na zakupach za sukienką, a później prawie cały dzień na bierzmowaniu mojej kumpeli. 2,5 h w kościele. Jak ja to uwielbiam.

Mam nadzieję, że Wasz tydzień jest lepszy od mojego. ;)
I proszę się nie załamywać, że następny dopiero w piątek, bo sądzę, że kolejny pojawi się już  niedzielę, weekend zapowiada się dużo luźniejszy. ;)

EDIT : Blogspot odmawia mi czasem współpracy i na niektóre komentarze nie mogłam odpowiedzieć. Nadrobię to jak najszybciej dam radę. Po prostu okienko do odpowiedzi mi się nie wyświetla. ;)