poniedziałek, 3 czerwca 2013

Epilog

(?)

Początkowo było okropnie. Świat był dla mnie szaro-bury, a życie pozbawione radości. Bałam się wyjść z domu i miałam dziwne wrażenie, że historia zatoczyła koło. Już kiedyś z powodu innych stałam się wrakiem człowieka, krzywdzili mnie swoimi słowami, przez co przestałam wierzyć w siebie i w to, że będzie dobrze. Kiedy wtedy z tego wyszłam, wiedziałam, że jeśli drugi raz znajdę się w takiej sytuacji, pozostawiona tylko i wyłącznie samej sobie, nie dam sobie rady. Gdyby nie Bartek… pewnie nie chodziłabym już po powierzchni ziemi.

Czasami zastanawiałam się, skąd bierze tę cierpliwość. Był przy mnie zawsze, kiedy go potrzebowałam i potrafił nawet odgadnąć, czego potrzebuję. Nie naciskał, nie próbował zmusić mnie do powrotu do normalności w jak najszybszym tempie. Był przy mnie, pilnował, żebym nie zamknęła się w sobie. Martwił się o mnie, widziałam to w jego spojrzeniu. Było mi głupio, że go unieszczęśliwiam, ale za każdym razem, gdy o tym wspominałam, zapewniał mnie, że tak nie jest.

Po pewnym czasie kolory zaczęły wracać. Uśmiechałam się, a Bartek uśmiechał się razem ze mną, bo widziałam, jak z ulgą na mnie spogląda. Cały czas trząsł się nade mną jak nad dzieckiem. Byłam mu wdzięczna, bo gdyby nie jego troska, nigdy nie trafiłabym do psychologa, który był jedną z nielicznych osób, które robiły wszystko, żeby wyciągnąć mnie z tej apatii.

Po tamtej napaści nie wychodziłam z domu sama, a jeśli już to na krótko i jedynie, gdy na zewnątrz było jasno. Lęk na początku był tak okropny, że pierwsze, co zrobiłam, za radą pani psycholog, to odwiedziny fryzjera, który porządnie skrócił moje brązowe włosy i obciął mi grzywkę. W  nowej fryzurze wyglądałam totalnie inaczej, co pomogło choć w małym stopniu odzyskać mi część pewności siebie. Zaczęłam ubierać się trochę inaczej, częściej nosiłam wysokie buty.  To wszystko, razem z wizytami u psychologa i obecności Bartka sprawiło, że znów byłam sobą. Może trochę inną z zewnątrz, ale wciąż sobą.

Kiedy Bartek zaproponował mi, że zamieszkam z nim w Bełchatowie, nie mogłam w to uwierzyć. Po prostu bałam się, że swoim zachowaniem odtrąciłam go na tyle skutecznie, że da sobie spokój ze wszystkim, co ze mną związane. Wydawało mi się, że patrzył na mnie z niepokojem, bo znów oprócz jego znajomych, nie miałam nikogo innego. Podczas sezonu reprezentacyjnego przyjeżdżały jednak do mnie dziewczyny, dlatego nie czułam się samotna. Tęskniłam za Bartkiem, ale tym razem to, co do niego czułam nie było już tak toksyczne, bo chyba nauczyłam się, gdzie jest umiar. Wszyscy zrozumieli już, że jestem z nim szczęśliwa i nie mówili nic na temat naszego powrotu. Kochałam go, on kochał mnie i to było najważniejsze.
Pewnego razu przyjechał na weekend szeroko uśmiechnięty. Każdy z siatkarzy dostał wolne od trenera reprezentacji.
-Mam niespodziankę. – powiedział, całując mnie na powitanie. Odłożyłam gazetę, którą czytałam i aż zaśmiałam się, widząc podekscytowanie na jego twarzy.
-Aż się boję zapytać, co to za niespodzianka.
-Nie bój się, powinna ci się spodobać.
-W takim razie zamieniam się w słuch. –jego zachowanie udzieliło się i mnie, bo nie wiedziałam, czego mam się spodziewać.
-W nadchodzącym sezonie klubowym zmienimy trochę klimat. – wyszczerzył się do mnie.
-Ale jak? – zapytałam zdezorientowana, nie do końca go rozumiejąc.
-Przyjdzie nam zamieszkać gdzieś w pobliżu Maceraty. – wyszczerzył się.
-Ale to przecież… Włochy. – dodałam po chwili, a potem rzuciłam się na niego z pięściami, okładając go lekko. – Bartek! Jak mogłeś trzymać to przede mną w tajemnicy? Jesteś niemożliwy.
-Wiem. – odpowiedział krótko i tylko zaśmiał się. – Co się rzucasz, pchełko?
Przewróciłam oczami .
-Żeby nie było. Chcesz tam ze mną jechać? Bo później znowu wyjdzie, że cię z kraju wywiozłem, choć nie chciałaś. – spojrzał na mnie udając rozbawienie, ale zobaczyłam, że tak naprawdę boi się mojej odpowiedzi.
Miałam ochotę się z niego ponabijać, ale kurczę, po prostu nie mogłam mu tego zrobić. Byłabym wredna.
-We Włoszech jeszcze nie byłam. Może być fajnie. – uśmiechnęłam się lekko, cmokając go w usta, a potem przytulając się do niego. – W końcu poczujesz, jak to jest być wyrzutkiem społeczeństwa, bo oboje będziemy tam nieżyciowymi ludźmi pozbawionymi przyjaciół.
Zaśmiał się.
-W końcu będę w stanie znaleźć się w Twojej skórze.- mrugnął do mnie.- Ale za nim wyjedziemy, muszę załatwić parę spraw.
-To jasne, pomogę ci, jak chcesz. Będzie szybciej. – powiedziałam, wciąż podekscytowana tym, że opuścimy Polskę. Czułam, że tam, we Włoszech, będę mogła się już całkiem otworzyć i przeżyję naprawdę coś niezwykłego. Inna kultura, widoki, klimat. Ciężko będzie się do tego przyzwyczaić.
-Jedną rzecz mogę załatwić już teraz. – powiedział, a potem pogrzebał w kieszeni spodni i niedowierzaniem spoglądałam, jak klęka przede mną na środku salonu.
-Nie. – pokręciłam głową z niedowierzaniem. – Ja śnię, ty nie chcesz się w tej chwili…
-Ala. Nie mogę wyjechać z Tobą do obcego kraju, bez pewności, że nie uciekniesz tam z jakimś pierwszym lepszym Włochem. – uśmiechnął się szeroko, nadal przed mną klęcząc. – Muszę mieć pewność, że jesteś już moja i tak pozostanie. Poza tym, mamy swoje lata, pora się ustatkować…
-Nie wierzę, że właśnie powiedziałeś mi, że jestem stara. – szturchnęłam go w ramię.
Otworzył pudełko, a ja zobaczyłam w nim mały, ale piękny pierścionek.
-Ala, wyjdziesz za mnie?
Popatrzyliśmy sobie w oczy, a ja w kilka sekund przypomniałam sobie, jak kręta była droga naszej znajomości. Kiedyś nie powiedziałabym, że ktokolwiek mi się oświadczy, a już na pewno, że będzie to Bartek. Bo gdy mnie zostawił, pogodziłam się już z myślą, że zostanę sama i już do siebie nie wrócimy.
-Ala? Kolano mnie trochę boli. – z zamyślenia wyrwał mnie jego głos. Zamrugałam parę razy, wracając do teraźniejszości.
-Pewnie, że za ciebie wyjdę.
Założył mi pierścionek na palec i wyprostował się, znów górując nade mną wzrostem.
-Jest piękny. – powiedziałam, autentycznie zachwycona pierścionkiem.
-Cieszę się, że ci się spodobał. Było tam tyle pierścionków, a ja zabrałem ze sobą Kłosa, ale niewiele mi pomógł. Jak dla mnie wszystkie były identyczne. – wzruszył ramionami.
-Dla mnie też zawsze wszystkie kolczyki, pierścionki wyglądają tak samo. Chyba nieźle się dobraliśmy. – zaśmiałam się, a potem stanęłam na czubkach palców, by go pocałować. Gdy już się od siebie oderwaliśmy, powiedział:
-Ale zdajesz sobie sprawy, że teraz będziesz musiała urodzić mi małe Kurasiątka? – wyszczerzył się.
-O nie, tego nie przedyskutowaliśmy. Mogę złożyć reklamację? – zapytałam, udając, że ściągam pierścionek, ale zaczął mnie łaskotać, a ja dla świętego spokoju przestałam z niego żartować. Czułam, że decyzja, jaką podjęłam, była najlepszą decyzją mojego życia.

Kiedyś ktoś powiedział, że w życiu każdego z nas wszystko dzieje się po coś. Każda dobra chwila potrafi podnieść cię na duchu, uskrzydlić i dać ci tyle siły, żebyś była w stanie dokonywać rzeczy niemożliwych.
Te wszystkie trudne sytuacje, które wydają się nie mieć wyjścia, także są po coś. Bo gdy upadniesz kilka razy, szukając rozwiązania,  za którymś razem ci się uda i wyjdziesz na prostą. Najważniejsze, to mieć w sobie siłę, aby próbować. I nie poddawać się. Bo kiedy w końcu wszystko się wyjaśni, a na niebie zaświeci słońce, pomyślisz, że było warto. Że może w końcu będzie dobrze, zaczniesz żyć naprawdę, tu i teraz. Niektórzy mówią, że nadzieja jest matką głupich, ale ja tak nie uważam. Gdyby nie ona, wielu z nas nie potrafiłoby utrzymywać się przy życiu. Bo właśnie gdy jesteś w dołku i wszystkie światła są zgaszone, to nadzieja daje ci tę iskrę, która przypomina, że to nie koniec i jest dla ciebie jakaś szansa.

Gdybym nie miała nadziei, że wszystko kiedyś będzie dobrze, pewnie w tej chwili bym nie istniała. Bez nadziei, nie chciałabym wrócić do Bartka, bo strach przed ponownym odrzuceniem byłby zbyt duży, a to wszystko nie byłoby warte ryzyka, a ja sama nadal tkwiłabym w tym pustym pomieszczeniu, w egipskich ciemnościach, pozbawiona jakiegoś sensu życia, żyjąca przeszłością. Gdyby nie nadzieja, nie byłabym znowu szczęśliwa u jego boku.


I choć przyszłość jawiła się przede mną jak wielka niewiadoma, wiedziałam, że damy radę. Bo wiedziałam, że to co czuję, jest przez niego odwzajemnione i że nasze rozstanie tak jak dla mnie, było dla niego jednym z najgorszych momentów w życiu.  I nic więcej nie było mi potrzebne.

,,Jeśli twoje niebo spada,

Po prostu weź moją rękę i ją trzymaj
Nie musisz być sama, sama
Nie pozwolę ci odejść.



I jeśli czujesz słabnięcie światła
I jesteś zbyt słaba by kontynuować walkę
I wszyscy twoi przyjaciele na których liczyłaś zniknęli
Będę tutaj, nie odejdę, już zawsze.''

*

Cóż. Jestem jak najbardziej zadowolona z epilogu. Mam nadzieję, że wy także. :)
Ten komentarz odautorski nie będzie przypominał poprzednich, bo nie będę pisać o głupotach. Nie w taki dzień.
Nachodzi najbardziej smutny/ wzruszający dla mnie moment - pożegnanie. Z Wami i z całą historią. Chyba nie jestem jeszcze na siłach, może nabiorę ich pod koniec tego komentarza. ;)
Nie wiem, czy ten epilog był dla Was wyciskaczem łez, bo troszkę różnił się od tego, którym zakończyłam moje pierwsze opowiadanie. Wasze przypuszczenia się sprawdziły i Ala została już z Bartkiem. Wydawało mi się to oczywiste już od poprzedniego rozdziału, ale nie dziwię się Waszej przezorności, bo faktycznie czasami lubiłam zamieszać w najmniej spodziewanym momencie. Tutaj jednak czegoś takiego nie planowałam ;)

Chyba pora na ciekawostki. Nie będzie ich wiele, ale zawsze... ;)
*zacznijmy do tego, że Historię z siatkówką w tle kończyłam, mając kilkunastu obserwujących, bodajże 28 tysięcy wyświetleń i 40 rozdziałów. Anothervolleystory zakończyłam na liczbie 31 ( licząc z prologiem), a w chwili robienia tego podsumowania, wyświetleń było prawie 32 tysiące, a liczba obserwujących sięgała prawie czterdziestki. Kiedyś pamiętam, że patrząc na inne blogi, które miały po dwadzieścia osób obserwujących, nawet nie marzyłam, że ja sama będę miała ich aż tylu.
Dziękuję Wam bardzo! Mam nadzieję, że ja swoim opowiadaniem uszczęśliwiłam Was tak jak wy uszczęśliwiliście mi swoimi komentarzami, zainteresowaniem i obecnością. :)
*pewnego dnia mój blog został wyświetlony ponad 1 200 razy. Pamiętam, że prawie oczy na wierzch wywaliłam, jak to zobaczyłam, był to bodajże początek maja, więc nie byłam na to przygotowana. ;)
*mój blog był wyszukiwany w google ponad sto razy, dużo wyświetleń dały mi też niektóre z Waszych blogów. Za to też chcę serdecznie podziękować. :)
*przyznam z ręką na sercu, że pierwotnie myślałam, zrobić głównym bohaterem Zbyszka. Po napisaniu prologu doszłam jednak do wniosku, że to głupi pomysł, bo ten koleś jest dla mnie trudny do ogarnięcia, a poza tym moja przyjaciółka wkurzyłaby się ( pozdrawiam Justynkę^^), gdybym zrobiła z niego dupka. A jak już wybrałam Bartka, to trochę zmieniłam swoje plany co do historii..
* pierwotnym zamysłem było to, że para głównych bohaterów się nie zejdzie. Epilog nie miał zakończyć się happy endem - Ala miała popełnić samobójstwo. Ale kurczę, tak się do niej przywiązałam, bo była i będzie moją taką sierotką, że nie mogłam jej tego zrobić. Bartkowi też. Poza tym doszłam do wniosku, idąc za pewnego rodzaju podpowiedziami, że lepiej będzie zakończyć opowiadanie pozytywnie, bo w prawdziwym życiu jest już wiele sytuacji, które nas dołują, a nie chciałam, żeby należało do nich i moje opowiadanie. :)
*w tym opowiadaniu to Ala miała być osobą, która najbardziej by Was wkurzała swoją zmiennością i tym, że nie potrafi sobie z niczym poradzić. A wyszło, jak zawsze. :D

To już tyle, jeżeli chodzi o ciekawostki. Trzeba się zebrać w garść i napisać te ostatnie zdania.
Będzie mi brakowało tego opowiadania i mam nadzieję, że Wam też. Dziękuję za każdy pojedynczy komentarz i minutę poświęconą przeczytaniu kolejnych rozdziałów. Dziękuję, że czekałyście ze mną na kolejne fragmenty i tak chętnie dzieliłyście się ze mną swoim zdaniem.
Dziękuję za to, że byłyście. I choć historia Ali i Bartka definitywnie się skończyła, to mam nadzieję, że zostaniecie ze mną i będziecie czytać moje kolejne opowiadanie.
Bo jak wspominałam, mam na nie plan. Na razie jednak z powodu szkoły nie będę w stanie pisać go od razu po zakończeniu tego - poczekacie na jego start tydzień, maksymalnie dwa, choć do tej drugiej opcji mogą mnie zmusić tylko nauczyciele. :)  Po prostu wiem, jak to było po skończeniu mojego pierwszego opowiadania - tak bardzo mi tego brakowało, że pisałam rozdziały wręcz hurtowo, dlatego publikację wznowiłam po kilku dniach.
Adresu jeszcze nie mam. Podam wam go od razu, jak zrobię szablon na zarezerwowany już adres. :)
Choć możecie jak niektórzy zaglądać nie tylko tutaj, ale i na mój profil, bo tam ten link pojawi się zapewne szybciej. ;) A co do głównej bohaterki... według moich zamiarów będzie bardziej wyrazista niż Ala. ;)

Kiedy już będę gotowa, na pewno tutaj dam o tym znać. Mam nadzieję, że będziecie na mnie czekać i odpoczniecie sobie ode mnie przez te kilka dni, bo później nie dam wam znowu spokoju. Delektujcie się tym czasem. ;)
Oczywiście zawsze możecie znaleźć mnie tutaj, na tumblrze i twitterze. Gdyby ktoś chciał zapytać czy coś.
Ewentualnie gg : 46817349 ;)

Trzymajcie się. Mam nadzieję, że spotkamy się znowu na moim kolejnym, trzecim już opowiadaniu. Jego adres powinien ukazać się tutaj przed końcem tygodnia, czyli do 9 czerwca. :)
:*

sobota, 1 czerwca 2013

XXIX

,,Żad­na wiel­ka miłość nie umiera do końca. Możemy strze­lać do niej z pis­to­letu lub za­mykać w naj­ciem­niej­szych za­kamar­kach naszych serc, ale ona jest spryt­niej­sza – wie, jak przeżyć. ''

Jonathan Carroll - Poza ciszą


Jechałem ciemnymi, prawie pustymi ulicami, słuchając jakiejś stacji radiowej i zastanawiając się nad tym całym wypadem do Londynu. Z perspektywy czasowej zrozumiałem, że niespodzianka nie bardzo się udała. Nie bardzo to nawet mało powiedziane. Każde z nas obraziło się na tę drugą osobę z byle jakiego powodu i nastrój prysnął. Może w ogóle go nie było?

Możliwe, że mój tok myślenia jest bardzo pokrętny, ale nie byłem naprawdę tak zły na Alę za to, że przyłapałem ją na grzebaniu w moim telefonie. Może byłem aż tak gotowy znów ją do siebie przekonać, że byłem w stanie przebaczyć jej o wiele więcej, niż normalnie.  Nie do końca ją jednak rozumiałem, cały czas miała do mnie jakieś pretensje, była zmienna jak pogoda wiosną. Faktycznie, trochę przeholowałem jeśli chodzi o ten pokój w hotelu, bo wyszło, jakbym chciał ją zmusić do powrotu do mnie. Wywiozłem ją z kraju, więc czy chciała czy nie, nie miała jak sama wrócić do domu, pozbawiona funduszy.
Myślałem, że już po wszystkim, że wszystko ze psułem, kiedy nie chciała, żebym odwiózł ją do domu. Wkurzyłem się, bo czy kiedykolwiek jakaś dziewczyna robiła ze mnie takiego durnia? Stwierdziłem już, że nie warto o nią walczyć, a wtedy ona powiedziała, że mimo iż nie powinna, chciałaby do mnie wrócić. Po tym wyznaniu tydzień, jaki miałem spędzić bez niej wydawał się być zbyt długi. Próbowałem znaleźć ją na parkingu przed lotniskiem, ale zniknęła mi z oczu, jakby wyparowała i chcąc nie chcąc, musiałem wrócić do siebie, żeby zdążyć na trening następnego dnia i być w jako takiej formie fizycznej. 

Pokonałem może z 1/3 drogi, gdy zadzwonił mi telefon. Nie chciałem odbierać, ale gdy dźwięk nie ustawał, wyciągnąłem komórkę z kieszeni i nie patrząc na wyświetlacz nacisnąłem zieloną słuchawkę.
-Słucham?
W odpowiedzi usłyszałem tylko płacz. Wystraszony nie na żarty zjechałem na pobocze, by tylko upewnić się, że osoba, z którą rozmawiam, była jak podejrzewałem Alą.
-Ala, co się stało? – próbowałem wyciągnąć z niej jakieś informacje. Nie wiedziałem co się stało, czy znajduje się w jakimś niebezpieczeństwie i gdzie w ogóle jest. Nigdy nie słyszałem, żeby płakała w ten sposób, dźwięk po drugiej stronie słuchawki wydawał się nigdy nie mieć końca. Zawróciłem samochód i ruszyłem z powrotem w stronę Rzeszowa, ustawiając komórkę na tryb głośnomówiący.  Dzięki Bogu usłyszałem jeszcze inny głos i trochę mi ulżyło, choć nadal byłem przerażony tym, co usłyszę.
-Bartek? Tu Krzysiek. Ala jest u nas w domu, nie musisz się o nią martwić.
-Co się stało?- zapytałem, zaciskając ręce na kierownicy i starając się w całości dojechać do Rzeszowa w jak najkrótszym czasie. W myślach cały czas słyszałem płacz Ali, który aż zmroził mi krew w żyłach.
-Jakiś koleś ją napadł… Mówiła, że kiedyś już jej groził. – powiedział mój kolega z reprezentacji, a ja gorączkowo zacząłem zastanawiać się, dlaczego nie powiedziała mi o tej groźbie i dlaczego do cholery nie odwiozłem jej do domu.
-Coś jej zrobił? –pytanie ledwo przeszło mi przez usta z obawy przed usłyszeniem potwierdzenia.
-Z tego co udało mi się od niej wyciągnąć, dostała kilka razy w twarz, ale skończyło się na paru siniakach i zdartej brodzie. Jakiś kolega jej pomógł…  Nie chciała jechać do szpitala, chociaż jej to zaoferowałem. Jest strasznie przestraszona, ale Iwona się nią zajmie. – westchnął w słuchawkę. – Słuchaj, znam cię dobrze, dlatego mógłbym się założyć, że już tutaj jedziesz, ale uważaj na siebie, bo tej dziewczynie już nieszczęść chyba wystarczy.
-Za niedługo będę. Opiekujcie się nią. – odpowiedziałem, a później rozłączyliśmy się, a ja nacisnąłem pedał gazu.

Dotarłem do domu Ignaczaków szybciej, niż się mnie spodziewali. Otworzyła mi blada Iwona, a ja uświadomiłem sobie, że to wszystko przestraszyło nie tylko mnie. Choć się starałem, nie mogłem sobie wyobrazić, jak czuć musi się ta, która to wszystko przeżyła.
Zobaczyłem ją w salonie –leżała zwinięta w kłębek okryta kocem i cicho pochrapywała. Już pierwsze spojrzenie na jej twarz uświadomiło mi, że to wszystko co powiedział mi Krzysiek jest prawdą. Brodę miała zaklejoną plastrem, a na jednym z policzków widniała czerwona pręga, jakby zadrapanie.
-Dałam jej tabletki nasenne, więc jeszcze trochę pośpi. – poczułem dłoń na swoim ramieniu, a potem spojrzałem na Krzyśka, który cicho wszedł do salonu. Zaprosili mnie do kuchni, po wcześniejszym zaproponowaniu krótkiej drzemki. Kiedy stanowczo odmówiłem, przede mną pojawiła się parująca kawa.  Zacisnąłem ręce na kubku, czując, że strach znika, zastąpiony wściekłością. Byłem zły na siebie, na nią, że była taka uparta i nie dała się odwieźć i na tego dupka, który był na tyle bezczelny, żeby jej grozić i podnosić na nią rękę. Przy stole został ze mną tylko Krzysiek, a reszta domu pogrążyła się w ciszy.
Libero nie chciał najpierw nic mówić i wpatrywaliśmy się w stół, milcząc. Po chwili złapałem jednak jego spojrzenie.
-Co zamierzasz z tym zrobić?
-Trzeba zgłosić to na policję.
-Nie wiem czy coś z tym zrobią, ona nie ma raczej jakichś wyraźnych śladów napaści. Mogło być dużo gorzej.
Przełknąłem ślinę, myśląc o tym ,,gorzej’’.
-Ale to jest chore. Koleś nie powinien sobie tak bezkarnie chodzić po mieście, co jak zabierze się za jakąś inną dziewczynę, która nie będzie miała już tyle szczęścia? – wkurzyłem się i podniosłem trochę ton głosu, by po chwili znów mówić prawie szeptem, bo przypomniałem sobie o śpiącej rodzinie Krzyśka oraz Ali.
-Wiem. – odpowiedział, marszcząc brwi. – Tylko nie myśl, żeby go dorwać samemu.
-Musi go spotkać sprawiedliwość.
-Proszę cię, Bartek! Myślałem, że masz więcej rozumu w głowie. Gdybyś rzucił się na niego z pięściami, poszedłbyś siedzieć, a on nadal byłby na wolności. Niewiele możesz zrobić w tej sprawie. Moim zdaniem powinieneś w tej chwili zająć się Alą, bo na pewno cię potrzebuje. Zadzwoniłem do jej przyjaciół, przyjadą tutaj rano. Wydawało mi się jednak, że to na Tobie jej bardziej zależało, inaczej zadzwoniłaby najpierw do dziewczyn.
Spojrzałem na niego zdziwiony, myśląc, że żartuje, jak to Igła. Tym razem jednak sytuacja nie była w ogóle zabawna, dlatego zrozumiałem, że mówi prawdę.
-Bartek, prześpij się trochę, naprawdę.
Zmęczony i zrezygnowany udałem się do salonu i zająłem drugą kanapę, odmawiając pójścia spać gdziekolwiek indziej. Byłem pewien, że nie zasnę, więc wpatrywałem się w leżącą niedaleko, spokojną Alę… i odpłynąłem, bo gdy otworzyłem oczy, w pokoju było już jasno, a  ona ruszała się niespokojnie po kanapie. Nim wstałem, obudziła się i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu, jakby nie wiedząc, gdzie się znajduje. Zdenerwowana usiadła na łóżku, a potem strach w jej oczach został zastąpiony przez autentyczne zdziwienie, gdy na mnie spojrzała.

Gdy się rozpłakała, podszedłem do niej i objąłem ją delikatnie. Wtuliła swoją twarz w mój szary sweter, a ja tylko kołysałem ją na boki, próbując uspokoić. Wiedziałem, że to, co przeżyła było okropne, nie miałem pojęcia jak jej pomóc. Kiedy po kilku minutach w salonie Ignaczaków zaległa cisza, pomyślałem, że Igła musi mieć rację – Ala potrzebowała obecności kogoś bliskiego.
-Ala? – zapytałem cicho, nadal ją kołysząc. – Wszystko będzie dobrze, już nikt nigdy nie zrobi ci krzywdy. Nie pozwolę na to.
Wtuliła się we mnie mocniej, walcząc ze łzami.
-Proszę, nie zostawiaj mnie. Już nigdy. – wyszeptała w mój sweter.
-Nie mam takiego zamiaru.
Kiedy w drzwiach salonu jakieś pół godziny później stanęła trójka jej przyjaciół, Ala nadal nie pozwalała odejść mi na krok. Blada na twarzy Zośka, próbowała skłonić ją do powrotu do domu, ona jednak tylko potrząsała głową. Zrozumiałem spojrzenia jej przyjaciół posyłane w moim kierunku – miałem przemówić jej do rozumu. Nie chciałem jednak, żeby nadal mieszkała tak daleko ode mnie, bo nie mógłbym jej chronić.
-Zabieram cię ze sobą. – powiedziałem do niej, ale na tyle głośno, żeby wszyscy w pokoju to usłyszeli. Nie miałem zamiaru kłócić się z nimi, czy tłumaczyć, bo dla mnie liczyła się tylko jej decyzja.
Wcześniej spodziewałbym się odmowy z jej strony,  ale jej brązowe oczy spojrzały na mnie uważnie, opuchnięte od płaczu, jakby sprawdzając, czy nie żartuję.
-Nie pozwolę ci już ani pracować w tym głupim kiosku, ani w ogóle mieszkać tutaj.
Zobaczyłem w jej oczach jakby błysk radości i już wiedziałem, że postąpiłem słusznie.

Podziękowaliśmy wszyscy Krzyśkowi i jego żonie, a potem pojechaliśmy do jej mieszkania. Dziewczyny pomagały się jej spakować, a ja z Pawłem nosiliśmy bagaże do mojego auta. Gdy wszystkie jej rzeczy były już schowane w bagażniku lub na tylnych siedzeniach, doprowadzona do jako takiego porządku zaczęła tulić na środku parkingu swoich przyjaciół. Patrząc na tę scenę i smutek w ich oczach, mi samemu zrobiło się przykro. Prawdopodobnie każde z nich wiedziało, że jeśli jeszcze się zobaczą, to raczej do tego momentu minie trochę czasu.

Czułem się źle, zabierając Alę z miasta, w którym była szczęśliwa, wiedziałem jednak, że jej podejście do niego zmieniło się wczorajszego wieczoru i gdybym ją tu zostawił zamknęłaby się w czterech ścianach. Poza tym, cały czas bałbym się o to, czy nie dzieje się jej krzywda. Kochałem ją i będę ją kochał, to nie było już zależne ode mnie. A ludzi, których kochamy chcemy chronić przed wszystkim co złe.

Siedziała na siedzeniu pasażera milcząca. Prawie całą drogę słuchaliśmy radia, aby zagłuszyć ciszę. Cisza ta jednak nie była niezręczna, bo wiedziałem, że po tym co przeżyła jest jej ciężko i nie chciałem naciskać. Nie miałem pojęcia, co dzieje się w jej głowie i trochę mnie to martwiło.
Nie odezwaliśmy się do siebie aż do momentu, gdy przekroczyła ze mną próg mojego mieszkania, które już przecież znała. Chciałem wrócić po resztę bagaży, gdy usłyszałem jej głos:
-Nowa ramka.
Podszedłem do niej, nie wiedząc, o czym mówi. Kiedy byłem blisko, zauważyłem, że trzyma nasze zdjęcie, oprawione w nową ramkę.
-Zbiłaś ją, kiedy się wyprowadzałaś.  – przypomniałem sobie, a ona potrząsnęła głową.
-To był wypadek, nie zrobiłam tego specjalnie.
Wpatrywaliśmy się w nasze uśmiechnięte twarze uwiecznione na fotografii, wydawałoby się wieki temu. Od tamtego czasu tyle się zmieniło, ale jedna rzecz pozostała jednak niezmienna. Kochałem Alę, a ona przez ten cały czas kochała mnie. Moje przypuszczenia się potwierdziły - już wtedy w kawiarni, gdy ją spotkałem po meczu,podczas którego rzuciła się na mnie z pięściami, wydawało mi się, że próbuje mnie zwodzić, żeby nie wyjść na łatwą. Wkurzyłem ją, jej złość była więc uzasadniona, ale byłem gotów zrobić naprawdę wszystko, żeby mi wybaczyła, choć nie raz się zagubiłem. A ona cały czas chciała do mnie wrócić.
-A dla mnie to zdjęcie było zbyt ważne, żeby je wyrzucić. – powiedziałem zgodnie z prawdą.
Odłożyła ramkę i przytuliła się do mnie mocno, a ja pocałowałem ją w czoło, wiedząc, że minie jeszcze trochę czasu, zanim cokolwiek wróci do normalności. Ale byłem gotów poczekać, bo tym zajmowałem się już od dobrych kilku miesięcy. Bo było warto.
*

Na samym początku chcę życzyć Wam wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka! I nie interesuje mnie, czy macie 14 lat, czy 22, te życzenia kieruję do wszystkich. ;)

Już w poniedziałek czeka nas epilog. Post ukaże się dopiero o 16, bo nie będę miała kiedy go napisać.
Więc jeszcze raz  : na epilog zapraszam w poniedziałek o godzinie 16. :)

Na koncercie było bombowo. Co prawda myślałam, że stracę zmysł słuchu, ale wrócił. :>

Co do waszych odpowiedzi na pytanie kto będzie bohaterem opowiadania, jedyne co mogę zdradzić, że ta osoba na pewno przewinęła się w Waszych komentarzach. :) A kto to, dowiecie się kiedy zacznę nowe opowiadanie, ale więcej na jego temat napiszę pod epilogiem. 

Komentarz odautorski śmieciowy, przepraszam. Nie mam ani pomysłu, ani czasu, żeby go napisać. To już trzeci dzień wolny, a ja nie zrobiłam nic sensownego i wyrzuty sumienia mnie zżerają. ;)