,,Żadna wielka miłość nie umiera do końca. Możemy strzelać do niej z pistoletu lub zamykać w najciemniejszych zakamarkach naszych serc, ale ona jest sprytniejsza – wie, jak przeżyć. ''
Jonathan Carroll - Poza ciszą
Jechałem
ciemnymi, prawie pustymi ulicami, słuchając jakiejś stacji radiowej i
zastanawiając się nad tym całym wypadem do Londynu. Z perspektywy czasowej
zrozumiałem, że niespodzianka nie bardzo się udała. Nie bardzo to nawet mało
powiedziane. Każde z nas obraziło się na tę drugą osobę z byle jakiego powodu i
nastrój prysnął. Może w ogóle go nie było?
Możliwe, że
mój tok myślenia jest bardzo pokrętny, ale nie byłem naprawdę tak zły na Alę za
to, że przyłapałem ją na grzebaniu w moim telefonie. Może byłem aż tak gotowy
znów ją do siebie przekonać, że byłem w stanie przebaczyć jej o wiele więcej,
niż normalnie. Nie do końca ją jednak
rozumiałem, cały czas miała do mnie jakieś pretensje, była zmienna
jak pogoda wiosną. Faktycznie, trochę przeholowałem jeśli chodzi o ten pokój w
hotelu, bo wyszło, jakbym chciał ją zmusić do powrotu do mnie. Wywiozłem ją z
kraju, więc czy chciała czy nie, nie miała jak sama wrócić do domu, pozbawiona
funduszy.
Myślałem, że
już po wszystkim, że wszystko ze psułem, kiedy nie chciała, żebym odwiózł ją do
domu. Wkurzyłem się, bo czy kiedykolwiek jakaś dziewczyna robiła ze mnie
takiego durnia? Stwierdziłem już, że nie warto o nią walczyć, a wtedy ona
powiedziała, że mimo iż nie powinna, chciałaby do mnie wrócić. Po tym wyznaniu
tydzień, jaki miałem spędzić bez niej wydawał się być zbyt długi. Próbowałem
znaleźć ją na parkingu przed lotniskiem, ale zniknęła mi z oczu, jakby
wyparowała i chcąc nie chcąc, musiałem wrócić do siebie, żeby zdążyć na trening
następnego dnia i być w jako takiej formie fizycznej.
Pokonałem może z 1/3
drogi, gdy zadzwonił mi telefon. Nie chciałem odbierać, ale gdy dźwięk nie
ustawał, wyciągnąłem komórkę z kieszeni i nie patrząc na wyświetlacz nacisnąłem
zieloną słuchawkę.
-Słucham?
W odpowiedzi
usłyszałem tylko płacz. Wystraszony nie na żarty zjechałem na pobocze, by tylko
upewnić się, że osoba, z którą rozmawiam, była jak podejrzewałem Alą.
-Ala, co się
stało? – próbowałem wyciągnąć z niej jakieś informacje. Nie wiedziałem co się
stało, czy znajduje się w jakimś niebezpieczeństwie i gdzie w ogóle jest. Nigdy
nie słyszałem, żeby płakała w ten sposób, dźwięk po drugiej stronie słuchawki
wydawał się nigdy nie mieć końca. Zawróciłem samochód i ruszyłem z powrotem w
stronę Rzeszowa, ustawiając komórkę na tryb głośnomówiący. Dzięki Bogu usłyszałem jeszcze inny głos i
trochę mi ulżyło, choć nadal byłem przerażony tym, co usłyszę.
-Bartek? Tu
Krzysiek. Ala jest u nas w domu, nie musisz się o nią martwić.
-Co się
stało?- zapytałem, zaciskając ręce na kierownicy i starając się w całości
dojechać do Rzeszowa w jak najkrótszym czasie. W myślach cały czas słyszałem
płacz Ali, który aż zmroził mi krew w żyłach.
-Jakiś koleś
ją napadł… Mówiła, że kiedyś już jej groził. – powiedział mój kolega z
reprezentacji, a ja gorączkowo zacząłem zastanawiać się, dlaczego nie
powiedziała mi o tej groźbie i dlaczego do cholery nie odwiozłem jej do domu.
-Coś jej
zrobił? –pytanie ledwo przeszło mi przez usta z obawy przed usłyszeniem
potwierdzenia.
-Z tego co
udało mi się od niej wyciągnąć, dostała kilka razy w twarz, ale skończyło się
na paru siniakach i zdartej brodzie. Jakiś kolega jej pomógł… Nie chciała jechać do szpitala, chociaż jej
to zaoferowałem. Jest strasznie przestraszona, ale Iwona się nią zajmie. –
westchnął w słuchawkę. – Słuchaj, znam cię dobrze, dlatego mógłbym się założyć,
że już tutaj jedziesz, ale uważaj na siebie, bo tej dziewczynie już nieszczęść
chyba wystarczy.
-Za niedługo
będę. Opiekujcie się nią. – odpowiedziałem, a później rozłączyliśmy się, a ja
nacisnąłem pedał gazu.
Dotarłem do
domu Ignaczaków szybciej, niż się mnie spodziewali. Otworzyła mi blada Iwona, a
ja uświadomiłem sobie, że to wszystko przestraszyło nie tylko mnie. Choć się
starałem, nie mogłem sobie wyobrazić, jak czuć musi się ta, która to wszystko
przeżyła.
Zobaczyłem
ją w salonie –leżała zwinięta w kłębek okryta kocem i cicho pochrapywała. Już
pierwsze spojrzenie na jej twarz uświadomiło mi, że to wszystko co powiedział
mi Krzysiek jest prawdą. Brodę miała zaklejoną plastrem, a na jednym z
policzków widniała czerwona pręga, jakby zadrapanie.
-Dałam jej
tabletki nasenne, więc jeszcze trochę pośpi. – poczułem dłoń na swoim ramieniu,
a potem spojrzałem na Krzyśka, który cicho wszedł do salonu. Zaprosili mnie do
kuchni, po wcześniejszym zaproponowaniu krótkiej drzemki. Kiedy stanowczo
odmówiłem, przede mną pojawiła się parująca kawa. Zacisnąłem ręce na kubku, czując, że strach
znika, zastąpiony wściekłością. Byłem zły na siebie, na nią, że była taka
uparta i nie dała się odwieźć i na tego dupka, który był na tyle bezczelny,
żeby jej grozić i podnosić na nią rękę. Przy stole został ze mną tylko
Krzysiek, a reszta domu pogrążyła się w ciszy.
Libero nie
chciał najpierw nic mówić i wpatrywaliśmy się w stół, milcząc. Po chwili
złapałem jednak jego spojrzenie.
-Co
zamierzasz z tym zrobić?
-Trzeba
zgłosić to na policję.
-Nie wiem
czy coś z tym zrobią, ona nie ma raczej jakichś wyraźnych śladów napaści. Mogło
być dużo gorzej.
Przełknąłem
ślinę, myśląc o tym ,,gorzej’’.
-Ale to jest
chore. Koleś nie powinien sobie tak bezkarnie chodzić po mieście, co jak
zabierze się za jakąś inną dziewczynę, która nie będzie miała już tyle
szczęścia? – wkurzyłem się i podniosłem trochę ton głosu, by po chwili znów
mówić prawie szeptem, bo przypomniałem sobie o śpiącej rodzinie Krzyśka oraz Ali.
-Wiem. –
odpowiedział, marszcząc brwi. – Tylko nie myśl, żeby go dorwać samemu.
-Musi go
spotkać sprawiedliwość.
-Proszę cię,
Bartek! Myślałem, że masz więcej rozumu w głowie. Gdybyś rzucił się na niego z
pięściami, poszedłbyś siedzieć, a on nadal byłby na wolności. Niewiele możesz
zrobić w tej sprawie. Moim zdaniem powinieneś w tej chwili zająć się Alą, bo na
pewno cię potrzebuje. Zadzwoniłem do jej przyjaciół, przyjadą tutaj rano.
Wydawało mi się jednak, że to na Tobie jej bardziej zależało, inaczej
zadzwoniłaby najpierw do dziewczyn.
Spojrzałem
na niego zdziwiony, myśląc, że żartuje, jak to Igła. Tym razem jednak sytuacja
nie była w ogóle zabawna, dlatego zrozumiałem, że mówi prawdę.
-Bartek,
prześpij się trochę, naprawdę.
Zmęczony i
zrezygnowany udałem się do salonu i zająłem drugą kanapę, odmawiając pójścia
spać gdziekolwiek indziej. Byłem pewien, że nie zasnę, więc wpatrywałem się w
leżącą niedaleko, spokojną Alę… i odpłynąłem, bo gdy otworzyłem oczy, w pokoju
było już jasno, a ona ruszała się
niespokojnie po kanapie. Nim wstałem, obudziła się i zaczęła rozglądać się po
pomieszczeniu, jakby nie wiedząc, gdzie się znajduje. Zdenerwowana usiadła na
łóżku, a potem strach w jej oczach został zastąpiony przez autentyczne
zdziwienie, gdy na mnie spojrzała.
Gdy się
rozpłakała, podszedłem do niej i objąłem ją delikatnie. Wtuliła swoją twarz w
mój szary sweter, a ja tylko kołysałem ją na boki, próbując uspokoić.
Wiedziałem, że to, co przeżyła było okropne, nie miałem pojęcia jak jej pomóc.
Kiedy po kilku minutach w salonie Ignaczaków zaległa cisza, pomyślałem, że Igła
musi mieć rację – Ala potrzebowała obecności kogoś bliskiego.
-Ala? –
zapytałem cicho, nadal ją kołysząc. – Wszystko będzie dobrze, już nikt nigdy
nie zrobi ci krzywdy. Nie pozwolę na to.
Wtuliła się
we mnie mocniej, walcząc ze łzami.
-Proszę, nie
zostawiaj mnie. Już nigdy. – wyszeptała w mój sweter.
-Nie mam
takiego zamiaru.
Kiedy w
drzwiach salonu jakieś pół godziny później stanęła trójka jej przyjaciół, Ala
nadal nie pozwalała odejść mi na krok. Blada na twarzy Zośka, próbowała skłonić
ją do powrotu do domu, ona jednak tylko potrząsała głową. Zrozumiałem
spojrzenia jej przyjaciół posyłane w moim kierunku – miałem przemówić jej do
rozumu. Nie chciałem jednak, żeby nadal mieszkała tak daleko ode mnie, bo nie
mógłbym jej chronić.
-Zabieram
cię ze sobą. – powiedziałem do niej, ale na tyle głośno, żeby wszyscy w pokoju
to usłyszeli. Nie miałem zamiaru kłócić się z nimi, czy tłumaczyć, bo dla mnie
liczyła się tylko jej decyzja.
Wcześniej
spodziewałbym się odmowy z jej strony,
ale jej brązowe oczy spojrzały na mnie uważnie, opuchnięte od płaczu,
jakby sprawdzając, czy nie żartuję.
-Nie pozwolę
ci już ani pracować w tym głupim kiosku, ani w ogóle mieszkać tutaj.
Zobaczyłem w
jej oczach jakby błysk radości i już wiedziałem, że postąpiłem słusznie.
Podziękowaliśmy
wszyscy Krzyśkowi i jego żonie, a potem pojechaliśmy do jej mieszkania.
Dziewczyny pomagały się jej spakować, a ja z Pawłem nosiliśmy bagaże do mojego
auta. Gdy wszystkie jej rzeczy były już schowane w bagażniku lub na tylnych
siedzeniach, doprowadzona do jako takiego porządku zaczęła tulić na środku
parkingu swoich przyjaciół. Patrząc na tę scenę i smutek w ich oczach, mi
samemu zrobiło się przykro. Prawdopodobnie każde z nich wiedziało, że jeśli
jeszcze się zobaczą, to raczej do tego momentu minie trochę czasu.
Czułem się
źle, zabierając Alę z miasta, w którym była szczęśliwa, wiedziałem jednak, że
jej podejście do niego zmieniło się wczorajszego wieczoru i gdybym ją tu
zostawił zamknęłaby się w czterech ścianach. Poza tym, cały czas bałbym się o
to, czy nie dzieje się jej krzywda. Kochałem ją i będę ją kochał, to nie było
już zależne ode mnie. A ludzi, których kochamy chcemy chronić przed wszystkim
co złe.
Siedziała na
siedzeniu pasażera milcząca. Prawie całą drogę słuchaliśmy radia, aby zagłuszyć
ciszę. Cisza ta jednak nie była niezręczna, bo wiedziałem, że po tym co
przeżyła jest jej ciężko i nie chciałem naciskać. Nie miałem pojęcia, co dzieje
się w jej głowie i trochę mnie to martwiło.
Nie
odezwaliśmy się do siebie aż do momentu, gdy przekroczyła ze mną próg mojego
mieszkania, które już przecież znała. Chciałem wrócić po resztę bagaży, gdy
usłyszałem jej głos:
-Nowa ramka.
Podszedłem
do niej, nie wiedząc, o czym mówi. Kiedy byłem blisko, zauważyłem, że trzyma
nasze zdjęcie, oprawione w nową ramkę.
-Zbiłaś ją,
kiedy się wyprowadzałaś. – przypomniałem
sobie, a ona potrząsnęła głową.
-To był
wypadek, nie zrobiłam tego specjalnie.
Wpatrywaliśmy
się w nasze uśmiechnięte twarze uwiecznione na fotografii, wydawałoby się wieki
temu. Od tamtego czasu tyle się zmieniło, ale jedna rzecz pozostała jednak
niezmienna. Kochałem Alę, a ona przez ten cały czas kochała mnie. Moje przypuszczenia się potwierdziły - już wtedy w kawiarni, gdy ją spotkałem po meczu,podczas którego rzuciła się na mnie z pięściami, wydawało mi się, że próbuje mnie zwodzić, żeby nie wyjść na łatwą. Wkurzyłem ją, jej złość była więc uzasadniona, ale byłem gotów zrobić naprawdę wszystko, żeby mi wybaczyła, choć nie raz się zagubiłem. A ona cały czas chciała do mnie wrócić.
-A dla mnie
to zdjęcie było zbyt ważne, żeby je wyrzucić. – powiedziałem zgodnie z prawdą.
Odłożyła ramkę i przytuliła się do mnie mocno, a ja
pocałowałem ją w czoło, wiedząc, że minie jeszcze trochę czasu, zanim cokolwiek wróci do normalności. Ale byłem gotów poczekać, bo tym zajmowałem się już od dobrych kilku miesięcy. Bo było warto.
*
Na samym początku chcę życzyć Wam wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka! I nie interesuje mnie, czy macie 14 lat, czy 22, te życzenia kieruję do wszystkich. ;)
Już w poniedziałek czeka nas epilog. Post ukaże się dopiero o 16, bo nie będę miała kiedy go napisać.
Więc jeszcze raz : na epilog zapraszam w poniedziałek o godzinie 16. :)
Na koncercie było bombowo. Co prawda myślałam, że stracę zmysł słuchu, ale wrócił. :>
Co do waszych odpowiedzi na pytanie kto będzie bohaterem opowiadania, jedyne co mogę zdradzić, że ta osoba na pewno przewinęła się w Waszych komentarzach. :) A kto to, dowiecie się kiedy zacznę nowe opowiadanie, ale więcej na jego temat napiszę pod epilogiem.
Komentarz odautorski śmieciowy, przepraszam. Nie mam ani pomysłu, ani czasu, żeby go napisać. To już trzeci dzień wolny, a ja nie zrobiłam nic sensownego i wyrzuty sumienia mnie zżerają. ;)