sobota, 1 czerwca 2013

XXIX

,,Żad­na wiel­ka miłość nie umiera do końca. Możemy strze­lać do niej z pis­to­letu lub za­mykać w naj­ciem­niej­szych za­kamar­kach naszych serc, ale ona jest spryt­niej­sza – wie, jak przeżyć. ''

Jonathan Carroll - Poza ciszą


Jechałem ciemnymi, prawie pustymi ulicami, słuchając jakiejś stacji radiowej i zastanawiając się nad tym całym wypadem do Londynu. Z perspektywy czasowej zrozumiałem, że niespodzianka nie bardzo się udała. Nie bardzo to nawet mało powiedziane. Każde z nas obraziło się na tę drugą osobę z byle jakiego powodu i nastrój prysnął. Może w ogóle go nie było?

Możliwe, że mój tok myślenia jest bardzo pokrętny, ale nie byłem naprawdę tak zły na Alę za to, że przyłapałem ją na grzebaniu w moim telefonie. Może byłem aż tak gotowy znów ją do siebie przekonać, że byłem w stanie przebaczyć jej o wiele więcej, niż normalnie.  Nie do końca ją jednak rozumiałem, cały czas miała do mnie jakieś pretensje, była zmienna jak pogoda wiosną. Faktycznie, trochę przeholowałem jeśli chodzi o ten pokój w hotelu, bo wyszło, jakbym chciał ją zmusić do powrotu do mnie. Wywiozłem ją z kraju, więc czy chciała czy nie, nie miała jak sama wrócić do domu, pozbawiona funduszy.
Myślałem, że już po wszystkim, że wszystko ze psułem, kiedy nie chciała, żebym odwiózł ją do domu. Wkurzyłem się, bo czy kiedykolwiek jakaś dziewczyna robiła ze mnie takiego durnia? Stwierdziłem już, że nie warto o nią walczyć, a wtedy ona powiedziała, że mimo iż nie powinna, chciałaby do mnie wrócić. Po tym wyznaniu tydzień, jaki miałem spędzić bez niej wydawał się być zbyt długi. Próbowałem znaleźć ją na parkingu przed lotniskiem, ale zniknęła mi z oczu, jakby wyparowała i chcąc nie chcąc, musiałem wrócić do siebie, żeby zdążyć na trening następnego dnia i być w jako takiej formie fizycznej. 

Pokonałem może z 1/3 drogi, gdy zadzwonił mi telefon. Nie chciałem odbierać, ale gdy dźwięk nie ustawał, wyciągnąłem komórkę z kieszeni i nie patrząc na wyświetlacz nacisnąłem zieloną słuchawkę.
-Słucham?
W odpowiedzi usłyszałem tylko płacz. Wystraszony nie na żarty zjechałem na pobocze, by tylko upewnić się, że osoba, z którą rozmawiam, była jak podejrzewałem Alą.
-Ala, co się stało? – próbowałem wyciągnąć z niej jakieś informacje. Nie wiedziałem co się stało, czy znajduje się w jakimś niebezpieczeństwie i gdzie w ogóle jest. Nigdy nie słyszałem, żeby płakała w ten sposób, dźwięk po drugiej stronie słuchawki wydawał się nigdy nie mieć końca. Zawróciłem samochód i ruszyłem z powrotem w stronę Rzeszowa, ustawiając komórkę na tryb głośnomówiący.  Dzięki Bogu usłyszałem jeszcze inny głos i trochę mi ulżyło, choć nadal byłem przerażony tym, co usłyszę.
-Bartek? Tu Krzysiek. Ala jest u nas w domu, nie musisz się o nią martwić.
-Co się stało?- zapytałem, zaciskając ręce na kierownicy i starając się w całości dojechać do Rzeszowa w jak najkrótszym czasie. W myślach cały czas słyszałem płacz Ali, który aż zmroził mi krew w żyłach.
-Jakiś koleś ją napadł… Mówiła, że kiedyś już jej groził. – powiedział mój kolega z reprezentacji, a ja gorączkowo zacząłem zastanawiać się, dlaczego nie powiedziała mi o tej groźbie i dlaczego do cholery nie odwiozłem jej do domu.
-Coś jej zrobił? –pytanie ledwo przeszło mi przez usta z obawy przed usłyszeniem potwierdzenia.
-Z tego co udało mi się od niej wyciągnąć, dostała kilka razy w twarz, ale skończyło się na paru siniakach i zdartej brodzie. Jakiś kolega jej pomógł…  Nie chciała jechać do szpitala, chociaż jej to zaoferowałem. Jest strasznie przestraszona, ale Iwona się nią zajmie. – westchnął w słuchawkę. – Słuchaj, znam cię dobrze, dlatego mógłbym się założyć, że już tutaj jedziesz, ale uważaj na siebie, bo tej dziewczynie już nieszczęść chyba wystarczy.
-Za niedługo będę. Opiekujcie się nią. – odpowiedziałem, a później rozłączyliśmy się, a ja nacisnąłem pedał gazu.

Dotarłem do domu Ignaczaków szybciej, niż się mnie spodziewali. Otworzyła mi blada Iwona, a ja uświadomiłem sobie, że to wszystko przestraszyło nie tylko mnie. Choć się starałem, nie mogłem sobie wyobrazić, jak czuć musi się ta, która to wszystko przeżyła.
Zobaczyłem ją w salonie –leżała zwinięta w kłębek okryta kocem i cicho pochrapywała. Już pierwsze spojrzenie na jej twarz uświadomiło mi, że to wszystko co powiedział mi Krzysiek jest prawdą. Brodę miała zaklejoną plastrem, a na jednym z policzków widniała czerwona pręga, jakby zadrapanie.
-Dałam jej tabletki nasenne, więc jeszcze trochę pośpi. – poczułem dłoń na swoim ramieniu, a potem spojrzałem na Krzyśka, który cicho wszedł do salonu. Zaprosili mnie do kuchni, po wcześniejszym zaproponowaniu krótkiej drzemki. Kiedy stanowczo odmówiłem, przede mną pojawiła się parująca kawa.  Zacisnąłem ręce na kubku, czując, że strach znika, zastąpiony wściekłością. Byłem zły na siebie, na nią, że była taka uparta i nie dała się odwieźć i na tego dupka, który był na tyle bezczelny, żeby jej grozić i podnosić na nią rękę. Przy stole został ze mną tylko Krzysiek, a reszta domu pogrążyła się w ciszy.
Libero nie chciał najpierw nic mówić i wpatrywaliśmy się w stół, milcząc. Po chwili złapałem jednak jego spojrzenie.
-Co zamierzasz z tym zrobić?
-Trzeba zgłosić to na policję.
-Nie wiem czy coś z tym zrobią, ona nie ma raczej jakichś wyraźnych śladów napaści. Mogło być dużo gorzej.
Przełknąłem ślinę, myśląc o tym ,,gorzej’’.
-Ale to jest chore. Koleś nie powinien sobie tak bezkarnie chodzić po mieście, co jak zabierze się za jakąś inną dziewczynę, która nie będzie miała już tyle szczęścia? – wkurzyłem się i podniosłem trochę ton głosu, by po chwili znów mówić prawie szeptem, bo przypomniałem sobie o śpiącej rodzinie Krzyśka oraz Ali.
-Wiem. – odpowiedział, marszcząc brwi. – Tylko nie myśl, żeby go dorwać samemu.
-Musi go spotkać sprawiedliwość.
-Proszę cię, Bartek! Myślałem, że masz więcej rozumu w głowie. Gdybyś rzucił się na niego z pięściami, poszedłbyś siedzieć, a on nadal byłby na wolności. Niewiele możesz zrobić w tej sprawie. Moim zdaniem powinieneś w tej chwili zająć się Alą, bo na pewno cię potrzebuje. Zadzwoniłem do jej przyjaciół, przyjadą tutaj rano. Wydawało mi się jednak, że to na Tobie jej bardziej zależało, inaczej zadzwoniłaby najpierw do dziewczyn.
Spojrzałem na niego zdziwiony, myśląc, że żartuje, jak to Igła. Tym razem jednak sytuacja nie była w ogóle zabawna, dlatego zrozumiałem, że mówi prawdę.
-Bartek, prześpij się trochę, naprawdę.
Zmęczony i zrezygnowany udałem się do salonu i zająłem drugą kanapę, odmawiając pójścia spać gdziekolwiek indziej. Byłem pewien, że nie zasnę, więc wpatrywałem się w leżącą niedaleko, spokojną Alę… i odpłynąłem, bo gdy otworzyłem oczy, w pokoju było już jasno, a  ona ruszała się niespokojnie po kanapie. Nim wstałem, obudziła się i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu, jakby nie wiedząc, gdzie się znajduje. Zdenerwowana usiadła na łóżku, a potem strach w jej oczach został zastąpiony przez autentyczne zdziwienie, gdy na mnie spojrzała.

Gdy się rozpłakała, podszedłem do niej i objąłem ją delikatnie. Wtuliła swoją twarz w mój szary sweter, a ja tylko kołysałem ją na boki, próbując uspokoić. Wiedziałem, że to, co przeżyła było okropne, nie miałem pojęcia jak jej pomóc. Kiedy po kilku minutach w salonie Ignaczaków zaległa cisza, pomyślałem, że Igła musi mieć rację – Ala potrzebowała obecności kogoś bliskiego.
-Ala? – zapytałem cicho, nadal ją kołysząc. – Wszystko będzie dobrze, już nikt nigdy nie zrobi ci krzywdy. Nie pozwolę na to.
Wtuliła się we mnie mocniej, walcząc ze łzami.
-Proszę, nie zostawiaj mnie. Już nigdy. – wyszeptała w mój sweter.
-Nie mam takiego zamiaru.
Kiedy w drzwiach salonu jakieś pół godziny później stanęła trójka jej przyjaciół, Ala nadal nie pozwalała odejść mi na krok. Blada na twarzy Zośka, próbowała skłonić ją do powrotu do domu, ona jednak tylko potrząsała głową. Zrozumiałem spojrzenia jej przyjaciół posyłane w moim kierunku – miałem przemówić jej do rozumu. Nie chciałem jednak, żeby nadal mieszkała tak daleko ode mnie, bo nie mógłbym jej chronić.
-Zabieram cię ze sobą. – powiedziałem do niej, ale na tyle głośno, żeby wszyscy w pokoju to usłyszeli. Nie miałem zamiaru kłócić się z nimi, czy tłumaczyć, bo dla mnie liczyła się tylko jej decyzja.
Wcześniej spodziewałbym się odmowy z jej strony,  ale jej brązowe oczy spojrzały na mnie uważnie, opuchnięte od płaczu, jakby sprawdzając, czy nie żartuję.
-Nie pozwolę ci już ani pracować w tym głupim kiosku, ani w ogóle mieszkać tutaj.
Zobaczyłem w jej oczach jakby błysk radości i już wiedziałem, że postąpiłem słusznie.

Podziękowaliśmy wszyscy Krzyśkowi i jego żonie, a potem pojechaliśmy do jej mieszkania. Dziewczyny pomagały się jej spakować, a ja z Pawłem nosiliśmy bagaże do mojego auta. Gdy wszystkie jej rzeczy były już schowane w bagażniku lub na tylnych siedzeniach, doprowadzona do jako takiego porządku zaczęła tulić na środku parkingu swoich przyjaciół. Patrząc na tę scenę i smutek w ich oczach, mi samemu zrobiło się przykro. Prawdopodobnie każde z nich wiedziało, że jeśli jeszcze się zobaczą, to raczej do tego momentu minie trochę czasu.

Czułem się źle, zabierając Alę z miasta, w którym była szczęśliwa, wiedziałem jednak, że jej podejście do niego zmieniło się wczorajszego wieczoru i gdybym ją tu zostawił zamknęłaby się w czterech ścianach. Poza tym, cały czas bałbym się o to, czy nie dzieje się jej krzywda. Kochałem ją i będę ją kochał, to nie było już zależne ode mnie. A ludzi, których kochamy chcemy chronić przed wszystkim co złe.

Siedziała na siedzeniu pasażera milcząca. Prawie całą drogę słuchaliśmy radia, aby zagłuszyć ciszę. Cisza ta jednak nie była niezręczna, bo wiedziałem, że po tym co przeżyła jest jej ciężko i nie chciałem naciskać. Nie miałem pojęcia, co dzieje się w jej głowie i trochę mnie to martwiło.
Nie odezwaliśmy się do siebie aż do momentu, gdy przekroczyła ze mną próg mojego mieszkania, które już przecież znała. Chciałem wrócić po resztę bagaży, gdy usłyszałem jej głos:
-Nowa ramka.
Podszedłem do niej, nie wiedząc, o czym mówi. Kiedy byłem blisko, zauważyłem, że trzyma nasze zdjęcie, oprawione w nową ramkę.
-Zbiłaś ją, kiedy się wyprowadzałaś.  – przypomniałem sobie, a ona potrząsnęła głową.
-To był wypadek, nie zrobiłam tego specjalnie.
Wpatrywaliśmy się w nasze uśmiechnięte twarze uwiecznione na fotografii, wydawałoby się wieki temu. Od tamtego czasu tyle się zmieniło, ale jedna rzecz pozostała jednak niezmienna. Kochałem Alę, a ona przez ten cały czas kochała mnie. Moje przypuszczenia się potwierdziły - już wtedy w kawiarni, gdy ją spotkałem po meczu,podczas którego rzuciła się na mnie z pięściami, wydawało mi się, że próbuje mnie zwodzić, żeby nie wyjść na łatwą. Wkurzyłem ją, jej złość była więc uzasadniona, ale byłem gotów zrobić naprawdę wszystko, żeby mi wybaczyła, choć nie raz się zagubiłem. A ona cały czas chciała do mnie wrócić.
-A dla mnie to zdjęcie było zbyt ważne, żeby je wyrzucić. – powiedziałem zgodnie z prawdą.
Odłożyła ramkę i przytuliła się do mnie mocno, a ja pocałowałem ją w czoło, wiedząc, że minie jeszcze trochę czasu, zanim cokolwiek wróci do normalności. Ale byłem gotów poczekać, bo tym zajmowałem się już od dobrych kilku miesięcy. Bo było warto.
*

Na samym początku chcę życzyć Wam wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka! I nie interesuje mnie, czy macie 14 lat, czy 22, te życzenia kieruję do wszystkich. ;)

Już w poniedziałek czeka nas epilog. Post ukaże się dopiero o 16, bo nie będę miała kiedy go napisać.
Więc jeszcze raz  : na epilog zapraszam w poniedziałek o godzinie 16. :)

Na koncercie było bombowo. Co prawda myślałam, że stracę zmysł słuchu, ale wrócił. :>

Co do waszych odpowiedzi na pytanie kto będzie bohaterem opowiadania, jedyne co mogę zdradzić, że ta osoba na pewno przewinęła się w Waszych komentarzach. :) A kto to, dowiecie się kiedy zacznę nowe opowiadanie, ale więcej na jego temat napiszę pod epilogiem. 

Komentarz odautorski śmieciowy, przepraszam. Nie mam ani pomysłu, ani czasu, żeby go napisać. To już trzeci dzień wolny, a ja nie zrobiłam nic sensownego i wyrzuty sumienia mnie zżerają. ;)